Rezonowali w tym momencie na trochę innym poziomie, z innymi potrzebami, a każda z nich brała się z niepewności drugiej strony. Tam, gdzie nie było pewnych ruchów rodziły się nieporozumienia. Łatwo było określić coś jak zły sygnał, negatywny, kiedy druga strona po prostu nie była nawet pewna tego, co chce nadać. Tak było tutaj. Trochę się mieszali, trochę się gubili, ale hej - żeby się odnaleźć czasem trzeba było pobłądzić, prawda? A oni chcieli odnaleźć - siebie wzajem. Siebie samych. Złapać za jakiś sens w tym, co jednak ich do siebie przyciągało, nadać temu formy i kształty. Cokolwiek to miało być. Czymkolwiek miało się stać.
- Ta spontaniczność nie jest problemem. Czasem potrzebuję chwili czasu na... dostrojenie się do sytuacji i miejsca. - Spróbował wyjaśnić to w jakiś prosty sposób. Nie zamierzał odmawiać Philipowi tych wyjaśnień, chociaż wcale też nie chciał mówić o wszystkim co krążyło w jego głowie. Czasem nie mówił o tym nawet Florence, a jeśli komuś się zwierzał to właśnie jej. Ta znajomość zaś była na zupełnie innym poziomie. Gdyby jednak nie wyjaśnił, nie powiedział, w czym tkwi tutaj rzecz, skąd bierze się jego reakcja, to jak Philip miałby zrozumieć? A chciał zrozumieć. Przynajmniej tak Laurentowi się wydawało - że chciał się uczyć... chyba jego. To wcale nie było dobre, kiedy tak w drugiej chwili o tym pomyślał. To mogło się zrobić strasznie niezdrowe - wszystkim tym, czego chciał unikać w swoim życiu, bo nie chciał zatopić się w jakimś nieszczęściu.
- Do twoich kuchennych popisów? Myślisz, że to coś, do czego powinieneś mnie przyzwyczajać? - Wydaje mi się, że nie, Philipie. Nawet jeśli to było naprawdę słodkie i powodowało tyle wzruszenia. A czy by mógł - na pewno. To był taki widok, którego mu brakowało w życiu. Który chciałby widzieć. Tylko... przecież nie mógł. Ani nikt z nim nie mógł doznać czegoś takiego. Wszystko to było snem, a chwile takie jak te tylko chwilowymi próbami pocieszenia siebie samego, że jednak nawet i tacy jak oni, wyklęci, mogli doświadczyć czegoś normalnego.
- O nie, dziękuję ci. Było to jedno z najlepszych śniadań, jakie miałem okazję zjeść. - Uśmiechnął się ciepło. Jego żołądek zdecydowanie nie był gotowy jednak na dokładkę. - Kiedy się nauczyłeś gotować? Albo kto cię nauczył? - Czy to było najważniejsze pytanie w tym wszystkim, co powinno zostać powiedziane? Zdecydowanie nie. Ale Laurent był rzeczywiście ciekaw. I tak, z całą pewnością było jeszcze sporo sekretów, które Philip chował poukrywane po kieszeniach. - Mówiłem, że zabierzesz nas do jakiejś szalenie drogie restauracji... - Zamruczał pod nosem, przymrużając przy tym oczy i umoczył usta w filiżance czarnej kawy. - Kto by się z takiego bezcennego śniadania wypłacił. - To nawet nie było pytanie tylko stwierdzenie. Och tak, to zdecydowanie było przyjemne, lekkie, takie inne. I takie nieodpowiednie. A może właśnie nie? Może tego potrzebowali? Tylko gdzie był początek a gdzie koniec tej linii? Jakaś granica, jakakolwiek? Anioł wcale nie czuł się dobrze, gdy nie mógł po swojej stronie otulić się własnymi skrzydłami, bo był zajęty próbami ustalenia tego, co działo się wokół niego i jak miał się poruszać. Tak, bo to było jak nauka chodzenia dla dziecka tylko cięższa. Bardziej skomplikowana i zawiła w ludzkich emocjach.
- Chciałbym się odwdzięczyć tym samym, ale niestety nie potrafię gotować. Poszukam więc kreatywniejszych sposobów na możliwość odpłacenia ci takim fantastycznym śniadaniem. - Może nie miał dwóch lewych rąk tak zupełnie, ale tak na dobrą sprawę za bardzo nie próbował, nie miał potrzeby. Przytrzymał filiżankę w dłoni w zastanowieniu, na moment milknąc, zanim ją odłożył, uśmiechając się ciągle pod nosem z niedowierzania, że Philip Nott zafundował mu taką niespodziankę. Naprawdę spodziewał się po nim wielu rzeczy, ale tym go zupełnie rozbroił.