Łatwiej udawać, że jest się perfekcyjną formą, niż perfekcyjną formą się stać. Okłamywać siebie samego i wszystko i wszystkich wokół - kłamstwo jest tym doskonalsze, im dłużej je pielęgnujesz. Kiedy nie wykładasz wszystkich na stół, tylko chowasz jedną z nich w rękawie. Laurent próbował przypomnieć sobie Hogwart, przypomnieć sobie Esme Rowle z czasów dziecięcych i dopasować tę twarz do obecnego wyrazu. Pamiętał tyle, że ze specyficznego dziecka zamienił się w jeszcze bardziej specyficznego dorosłego. Wzbudzał jakąś dozę niepokoju w swoich chyba nieskoordynowanych ruchach, przypadkowych słowach, gestach i spojrzeniach. Nie mógł się zdecydować, co pokazać, czy może nosiło go zbyt wiele od środka? Nie miał pojęcia, a dowiedzieć się chyba też nie miał tego wieczoru. Tak, chciałby go rozłożyć tak samo, jak krupier rozdawał karty i zajrzeć pod rewers. Zewnętrzny rys karty mógł być naprawdę piękny, ale czasem przekonywałeś się, że to zwykła, robiona masowo talia, a na białym spodzie wcale nie ma ręcznych malunków, które nadawałyby się do powieszenia na ścianie. Błędem byłoby myślenie, że Laurent szukał jednak takiego rodzaju piękna. Jak słusznie zostało powiedziane - romantyzował ból. Albo trafniej: żal mu było tych, którzy w pokera przegrywali, dlatego chciał przegrać dla nich, żeby chociaż te parę chwil z nim spędzonych było czymś innym niż szarugą codzienności i jej zadrą ciągle wbijającą się głębiej pod skórę. Jego ojciec zwykł powtarzać, że Los lubiła z ludźmi grać w pokera. Miała jednak w zanadrzu kilka innych gier. Nie potrafiłeś powiedzieć, jak to jest. Twoimi jedynymi rozgrywkami było wykładanie kart ludziom - tym zwykłym i tym niezwykłym, jak Esme, głównie.
Zaskoczenie wymalowało się na twojej twarzy, kiedy padło takie odważne stwierdzenie. Kolejne z odważnych. Czy to przypadek? Przypadkowo dobrane słowa, jak wszystko w kalejdoskopie Esme zdawało się kręcić i spoglądać, co dziś takiego ciekawego zostanie wylosowane? Laurent ledwo powstrzymał odruch, żeby rozejrzeć się po ich najbliższym otoczeniu, bo był to odruch głupi, niepotrzebny. Wiedział przecież, że nikt koło nich nie stoi, że nie wyciąga swojego ucha w ich stronę. Każdy tutaj miał ich w dupie, tak jak i on sam rozmywał w swoich posadach rzeczywistość, żeby móc zatonąć w oczach mężczyzny naprzeciwko i pozwolić się oczarować jego głosowi. Słowa odważne, bo zbyt łatwo poddawane ostracyzmowi społeczeństwa mogły spłynąć niepotrzebnymi konsekwencjami na tego, kto tylko by się nimi przejął. Nie przejmował jednak nikt. Tylko Ty, Ja, świat wokół był jakąś mrzonką. Może to ta ramka tego wieczoru się poszerzyła..?
- Nie ośmieliłbym się. - Kiedy po dwóch sekundach zdziwienie opadło, wkroczył w pole delikatny żart. Pewnie miał się dać jeszcze zadziwić nie raz i nie dwa, ale to, że nie wiesz, co spotka cię za kolejnym zakrętem zdań wcale nie pochłaniało przyjemności rozmowy. Tylko ją wybijało ponad codzienność. Esme Rowle szukał doznań - a oferował jej całą gamę ludziom dookoła siebie. Teraz zabrzmiał tak, jakby to wszystko przypadkowe nie było i jakby to on sam przygotowywał słodko pachnący kwiat, którego chciało się dotknąć. Kwiat się wtedy zamykał i łapał cię całego. Czy faktycznie by się "nie ośmielił"? Bujda. Natomiast nie było to kłamstwo w jego własnym mniemaniu z prostego powodu - on niczego nie poddawał celowo testowi. Jedynie... otwierał nowe możliwości. Więc to zaprzeczenie z jego ust, te słowa, jakie padły, wcale nie zabrzmiały twardo - wręcz przeciwnie. Prześlizgnęły się ze swoim miodem jak gospodarz przechodzący z szeroko otworzonymi rękoma przez furtkę. Nawet jeśli nie było to bezpieczne.
Tak oto chwilowe wrażenie zmienności doznań zostało przecięte przykrą codziennością, której Laurent naoglądał się już zbyt wiele i czasem przemykało mu przez głowę, że już naprawdę dla tego świata nie było nadziei. Ludzie tak szybko tracili kolory, wypierani z nich wraz z kolejnym praniem. Powód? Codzienność. To nie problem proszku, nie mydła, którym próbujesz doprać uporczywe plamy, które potem i tak zostają na powierzchni, wżarte w materiał. Musisz wymienić ulubioną koszulę na świeżą, tej już nawet nie wypada ci nosić. Szarość. Esme był jednak kolejną ofiarą nijakości, która tworzyła w nim dziurę. Jak można było uznać ją za piękną - tego nie wiedział. Powodowała ból, była czymś, co chciało zostać wypełnione, co sam posiadacz chciał wypełnić, tylko nie wiedział jak. Gdzie ten szpital na rogu piątej i dziesiątej? Mieli tam zlepiać ze sobą połamane kawałki serca i kolejne kawałki rzeczywistości, jaka nie przystrajała się w wiosenne wianki.
- Przykro mi. - Powiedział całkowicie szczerze, cicho, jakby ta tajemnica nie miała prawa wypełznąć poza obręb tego stolika i tej przestrzeni, jaka została stworzona przez nich - dla nich samych. Tamta odpowiedź wystarczyła - a czy ta wystarczy? Miał ochotę wyciągnąć dłoń po jego dłoń. Zatrzymać chwilę w ciszy, jaka rozłożyłaby nad nimi niebo z gwiazd i chmur. Nie, ta odpowiedź więc nie wystarczyła. Nie jemu. Ale kim był, żeby wbijać się w to pazurami? Na pewno nie był człowiekiem okrutnym, który szukałby doznań cudzym kosztem. Ciekawość mogła zostać strącona z ramienia z dbałości o drugą osobę. Na co zaś można było sobie pozwolić z tej dbałości i gdzie było tutaj to "wystarczy"? Nie, to nie chwila rozłożyłaby to niebo. To on by je rozłożył. Może byłoby nawet trochę zabawne? Jak płachta zrobiona ręką dziecka, które doczepia doń wiszące gwiazdki i księżyc, który można było przesuwać rączką od boku. W prostocie można było czasami odnaleźć największe piękno. Wygląda tak delikatnie... Artyści mieli wrażliwe dusze, a ich poszukiwanie inspiracji prowadziło ich czasami do podejmowania głupich, lekkomyślnych decyzji. - Są takie chwile w tym życiu, które nawet w bezruchu potrafią wypełnić pustkę. Potrafiłbyś sobie pozwolić na zatrzymanie? - Czy może pędził wciąż do przodu? Nie pytał już o samą ranę, co ją powodowało, nie pytał, skąd się wzięła. Mógł jedynie spróbować chociaż minimalnie pomóc. Przekonać się, czy Esme uznaje już siebie samego za próg przegrańców, czy jednak o coś walczył? W gwiazdach zapisali lepsze jutro, Esme Rowle. Tylko nie dla wszystkich. I chyba nie dla ich dwójki.
Ach, więc jednak Esme kłamał - i potrafił postawić przed swoimi oczami tę niebanalną (według Laurenta) wizję. To nie tak, że sam Laurent nigdy nie założył skóry - ale to nie była skóra, o której była tutaj mowa, czuł to intuicyjnie. Bo nie chodziło o szyte garnitury i tym podobne... to było o wiele śmielsze, chyba dlatego, że wszystko, co wysuwało się z tego człowieka zdawało się śmiałe i trafiające prosto do sedna dokładnie tego, co miał na myśli. A na myśli miał..? Co za zagadka. Ciekawa, intrygująca zagadka. Doprawdy znalazłeś dokładnie to, co było ci niezbędne tego wieczoru, choć pojawiło się tak niespodziewanie. Samego siebie nie wyobraziłbyś sobie w tak odważnym wydaniu. Ale może to dlatego, że nie do końca zastanawiałeś się, co chciałbyś nosić? To zawsze były stroje idealnie dobrane do wizerunku. Tak jak zawsze była idealnie dobrana biżuteria, uczesane włosy i... ach, to wszystko było zwykłą bajką. W dodatku nie twoją. To miała być bajka dla wszystkich, którzy zobaczą i się zbliżą. Tak jak powiedział - nikogo nie obchodziła prawda. A Esme? Czy jego interesowała prawda, czy chciał tonąć w swoich wyobrażeniach? Tych niedokładnych, jak zostało to określone. Wysunięte z ziemi piękno, rozkwitający kwiat, był tym sekretem, że Rowle miał w sobie czar, który sprawiał, że on sam wręcz idealnie komponował się ze skórą. Perfekcyjna para, match made in heaven. Czerń, która podkreślałaby jego sylwetkę i to spojrzenie, które było posyłane na dziesiątki różnych sposobów, a Laurent chciał mieć to spojrzenie dla siebie i na sobie. Chciał mieć jego myśli na sobie i wokół siebie. I miał. Co jeszcze mógłby od Esme zabrać i co ten był przede wszystkim od siebie dać..? Bo jedną z rzeczy, o której by nigdy nie pomyślał, na co by nie wpadł, to szacunek. Nie pomyślałby, że brunet żywi do niego jakikolwiek szacunek. Nie chodziło przy tym o jego zachowanie czy dobór słów - chodziło tylko i wyłącznie o to, co Laurent miał we własnej głowie.
Teraz to Laurent się zaśmiał. Krótko, ale perliście, przysłaniając dłonią usta, jakby chciał ten śmiech zatrzymać, kiedy pojawiły się słowa o tym, że przecież zrywanie kwiatów nie miało żadnego sensu, bo przecież dłuższy ich żywot w ogrodzie, przecież tak samo pachniało. Nieprawda, Esme. To było całkowicie urocze usłyszeć coś takiego, ale to nie była prawda. Brzmiała jak naiwna bajka dziecka, ale blondyn nie potraktował tego jak kłamstwo, nie przeszło mu to nawet przez głowę. Może oprócz tego, że przechodziło mu przez myśli, że większość ludzi kłamie, bo jedyne, co ich interesowało to zniszczenie tej niewinności, wzięcie to, czego pragną i zostawienie. Tak się rodziła myśl, że nie jest się niczym więcej czy mniej niż zwykłym ciałem. Pielęgnowanym latami, żeby potem inni mogli z tego korzystać. Jakkolwiek potoczyło się życie tego bruneta to ostatnie, co by o nim powiedział to fakt, że był zaniedbany. Zachwycał niejedną kobietę swoją urodą, był tego pewien. I najwyraźniej potrafił łapać zainteresowanie rozmówcy, o ile ktoś nie był zniechęcony sinusoidą doznań, jaką można było przy nim łapać.
- Przepraszam... to było bardzo urocze stwierdzenie. - Za ten śmiech, oczywiście, bo nie chciał, żeby jego rozmówca poczuł się, jakby się naśmiewał z niego, czy z jakiejś wypowiedzianej głupoty. Nie spodziewał się czegoś tak czystego i niepasującego nawet do tego miejsca usłyszeć z ust właśnie tego mężczyzny, ale to było bardzo odświeżające. Laurent odrobinę rozwitł przy tych słowach. Jakby sam był kwiatem, na który właśnie padło kilka promieni słońca. Albo tym aniołem, któremu podarowano kilka boskich wstęg. Któremu Esme podarował kilka świateł. Jakże fałszywych. Ale Laurent musiałby być innym człowiekiem, żeby stracić wiarę w ludzi. Albo doznać jeszcze więcej krzywd, żeby w końcu pojąć, że jego starania nie były nikomu potrzebne. Przyjemnie było usłyszeć też śmiech z drugiej strony.
- Nie, Esme. Powiedziałem, że w moim wypadku prawda o bólu, cierpieniu czy przeciwnościach losu nie ma znaczenia. Nie może mieć. - Nie uważał, że wszystko, co złe, było zarezerwowane dla niższych kręgów społecznych. Przecież to właśnie w nich się urodził. Na dnie, w nędzy. W takiej samej nędzy pożegnał swoją matkę. Czy pieniądze rozwiązały ten problem? Nie. Czy ratowały go dziś? Nie. Dlatego nie było już w jego oczach płomienia, chęci walki ani ambicji, które tak mocno świeciły w jego oczach w szkolnych czasach - bo przekonał się, że nie ważne, jak bardzo będzie się starał walczyć, życie i tak weryfikowało swoje. I Laurent był... mimo całego tego ciepła, szczerej dobroci, bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. I nie potrafił tego szczęścia znaleźć, bo nie wiedział, czego mu brakuje i co robi ciągle nie tak, że te wszystkie starania to po prostu zbyt mało. - To prawda. - Nie miał nic do dodania w kwestii pieniędzy. A jednak chciał je mieć w ramionach i gromadzić jak smok. Jakby one jedyne mogły go obronić przed złem i syfem tego świata. Esme miał jednak całkowitą rację - Laurent nie czuł się na miejscu, by narzekać. Ciągle wbijał sobie do głowy, że przecież ma życie jak z bajki, wszystko mu się układa (układało), a jest tyle nieszczęśliwych ludzi potrzebujących pomocy... więc milczał. Milczał na temat zbyt wielu tematów.
- Hahaha... To już byłoby zupełnie nudne i nieinteresujące. - I czy siedziałby tutaj, gdyby miał taką opowieść do przekazania? Blisko Nocturnu, umawiając się kogoś z tych rejonów? Och, ród Prewett był angielską wersją mafii, kto wiedział ten wiedział. Niejeden i nie dwa interesy przetoczyły się po tych mrocznych ulicach. Ale Laurent nie zanurzał w tym dłoni, od kasyn również trzymał się z dala. A jednak siedział tutaj i rozmawiał właśnie z Esme, zamiast szukać rzemieślnika po tej dobrej stronie tęczy. Rozbłysnęły mu oczy, pojawiły się w nich te chochliki, które gotowe były do psot przez nową grę, jaką wystawił Esme jak i przez to, jak odpowiedział na jego, hm... "zaczepkę". Nazwijmy to zaczepką. Ale już następne słowa sprawiły, że uśmiech Laurenta trochę zmalał i skierował spojrzenie na moment z twarzy rozmówcy w dół, na blat. Na parę tych krótkich, a jednak niepoliczalnych chwil. Hogwart. Nie chciałbyś tam wrócić. Sympatia przeplatana z bezsilnością wobec przemocy. Wzniósł oczy na Esme. Nic się nie zmieniło, prawda? - Wczoraj to historia, jutro to tajemnica, a dziś to dar. Jeśli więc mam wybierać między poruszeniem twojego serca a nudnymi opowieściami o abraksanach zawsze wybiorę próbę sprawienia, żeby to zabiło. - Wskazał palcem na klatkę piersiową Esme. Czy to był w ogóle wybór? Jakikolwiek wybór? Dla niego było to aż nader oczywiste i to, czy znał Esme z czasów szkolnych dodawało jedynie kilku przypraw do całości. Dodawało tego, że miał do niego większe zaufanie. Złożył ze sobą dłonie, spoglądając ciepło na przystojnego, podartego w swoich nasadach mężczyznę. - Mam marzenie, Esme Rowle. - Wypowiedział te słowa jak zaklęcie, niemal szeptem, rozpływając się w swoich nasadach nad tym snem. - Sen o harmonii, polanach, strumieniach i ptakach świergoczących w koronach leśnych drzew. Wizję o miejscu, gdzie nie wchodzi przypadkowy człowiek, by wyrządzić krzywdy i gdzie każde stworzenie może spać spokojnie. - Brzmiało nierealnie? Ha... - I prawie ten sen ukończyłem. - Tak gdyby istniały wątpliwości co do tego, że marzenia są nie po to, by je spełniać, a po to, by o nich śnić. - Prawie ukończyłem budowanie Raju. - Tylko czy to było tego warte? Lata miały zweryfikować, że... chyba nie. Ludzie mieli przychodzić, uważać to miejsce za raj, a on miał w końcu z niego uciekać, nie odnajdując w nim szczęścia. - Ujmując rzecz bardzo dosadnie - zająłem się stworzeniem rezerwatu. - Podsumował z lekkim rozbawieniem.