01.10.2023, 13:00 ✶
Czy to było szaleństwo?
Brenna nawet się nad tym nie zastanawiała. I starała się nie rozmyślać nad tym, co skłoniło Laurenta do złożenia tej propozycji. Żyli w szalonych czasach, i pozostawało tylko się do nich dostosować, nierzadko podejmując nieracjonalne decyzje. Nie, nie była obłąkana – przez jakiś czas po Beltane tak właśnie sądziła, bała się, że te przeżycia i coś w ogniu poprzestawiało jej w głowie, ale teraz wiedziała, że pozostaje w pełni zdrowych zmysłów.
Co nie oznaczało, że jej wybory będą dobre. Tyle że teraz nic nie było gorsze niż bezczynność. Musiała podejmować trudne decyzje, ze świadomością, że te mogą sprowadzić na manowce nie tylko ją, ale i innych, a potem żyć z konsekwencjami. To dlatego po kilku godzinach bicia się z myślami uznała, że spróbuje – i dlatego poprosiła o zgodę Mavelle i Danielle. Poza tym wiele wskazywało, że to właśnie Prewett odprawił seans dla Victorii, więc nawet jeżeli nie była do końca pewna, na ile mu zaufać… to jeżeli była skłonna z kimś spróbować, to tylko z nim. Choć wciąż nad pytaniami myślała długo, obracając je w głowie nieskończoną ilość razy.
Nie o wszystko mogły w końcu zapytać przy Laurencie. Nie wszystko chciałyby mu zdradzić.
– Cześć, Laurent – przywitała się, a kiedy Prewett wyciągnął rękę do Bones, puściła jej dłoń. Jej własne palce były teraz chłodne, jakby coś wyżarło z nich całe ciepło, ale Brenna przywykła do tego uczucia i poza tym prawdziwy chłód, ten, który stanowił jakikolwiek problem, tkwił gdzieś w niej. – Mam nadzieję, że wszystko w porządku – powiedziała, ściskając go, mocno i krótko, po czym weszła za nim do środka.
Rozejrzała się raczej w głęboko wyuczonym odruchu niż z prawdziwej ciekawości, bo myślała bardziej o seansie niż otoczeniu. Była tu już i doskonale „poznała” kuchnię, ale wtedy była zmęczona i pochłonięta myślą o koszmarach i mordercach. Teraz wyszukiwała okna, drzwi, przejścia, patrzyła na przedmioty, wiele mówiące o właścicielu. Brenna Longbottom była gliną aż do szpiku kości, i zwracała uwagę na takie drobiazgi już nie tylko wtedy, gdy znajdowała się na miejscu zbrodni czy gdzieś, gdzie kogoś przesłuchiwała, ale i na co dzień. Pomyślała, że ten niewielki dom na styku morza i lasu pasował do Laurenta. Granice światów, zwierzęta i morze, szum drzew i szum fal. Miejsce gdzieś na krańcu świata, z dala od wielkiej polityki, od małych wojenek rodów i od tej większej wojny, nadciągającej nad Londyn. Dom, który tak bardzo odstawał od tego, co lubiła większość Prewettów, w którym nie umiałaby wyobrazić sobie jego ojca, siostry ani kuzynostwa. Nawet na wakacjach, nie wspominając już o mieszkaniu tu na stałe. A potem zastanowiła się mimowolnie, czy szukał tu spokoju, czy ucieczki.
Jak bardzo Laurent Prewett, bękarci syn, dziecko lądu i morza, czuł się nie na miejscu w świecie czystokrwistych? Może ten dom i to miejsce mówiły o nim więcej niż zachowanie na przyjęciach i na stadninach... a może Brenna dopatrywała się czegoś, czego zupełnie tu nie było.
– Nie trzeba – podziękowała, bo to nie tak, że nie byłaby gotowa poświęcić paru chwil, aby napić się kawy z Laurentem. Ale teraz ta kawa smakowałaby zdenerwowaniem i niepewnością, i to prawdopodobnie dla całej ich trójki. Chociaż Brenna tego zdenerwowania i niepewności po sobie nie pokazywała: uśmiechnęła się do Prewetta, całkiem zwyczajnie, a potem otoczyła palcami przedramię Mavelle. Przez materiał koszuli tylko chłodne, nie tak zimne, jak sama skóra. Prosty gest, jakby chciała powiedzieć jestem tutaj.
Bo po tym ostatnim wspomnieniu, o którym opowiedziała Mavelle, Brenna wierzyła, że wujek jest gdzieś tam, po drugiej stronie, ale przecież nie mogła być tego całkowicie pewna. Jeśli się myliły… Jeżeli się myliły, to nigdy nie wybaczy sobie, że przyprowadziła tutaj Bones.
– Obawiam się, że nigdy. A przynajmniej… nie w takim jak tutaj – sprostowała zaraz dla uczciwości, bo to, co stało się w podziemiach Ministerstwa Magii z kryształową czaszką, było zupełnie inną sprawą. – Jeżeli masz jakieś wskazówki, chętnie ich wysłucham. Nad pytaniami myślałyśmy.
Brenna nawet się nad tym nie zastanawiała. I starała się nie rozmyślać nad tym, co skłoniło Laurenta do złożenia tej propozycji. Żyli w szalonych czasach, i pozostawało tylko się do nich dostosować, nierzadko podejmując nieracjonalne decyzje. Nie, nie była obłąkana – przez jakiś czas po Beltane tak właśnie sądziła, bała się, że te przeżycia i coś w ogniu poprzestawiało jej w głowie, ale teraz wiedziała, że pozostaje w pełni zdrowych zmysłów.
Co nie oznaczało, że jej wybory będą dobre. Tyle że teraz nic nie było gorsze niż bezczynność. Musiała podejmować trudne decyzje, ze świadomością, że te mogą sprowadzić na manowce nie tylko ją, ale i innych, a potem żyć z konsekwencjami. To dlatego po kilku godzinach bicia się z myślami uznała, że spróbuje – i dlatego poprosiła o zgodę Mavelle i Danielle. Poza tym wiele wskazywało, że to właśnie Prewett odprawił seans dla Victorii, więc nawet jeżeli nie była do końca pewna, na ile mu zaufać… to jeżeli była skłonna z kimś spróbować, to tylko z nim. Choć wciąż nad pytaniami myślała długo, obracając je w głowie nieskończoną ilość razy.
Nie o wszystko mogły w końcu zapytać przy Laurencie. Nie wszystko chciałyby mu zdradzić.
– Cześć, Laurent – przywitała się, a kiedy Prewett wyciągnął rękę do Bones, puściła jej dłoń. Jej własne palce były teraz chłodne, jakby coś wyżarło z nich całe ciepło, ale Brenna przywykła do tego uczucia i poza tym prawdziwy chłód, ten, który stanowił jakikolwiek problem, tkwił gdzieś w niej. – Mam nadzieję, że wszystko w porządku – powiedziała, ściskając go, mocno i krótko, po czym weszła za nim do środka.
Rozejrzała się raczej w głęboko wyuczonym odruchu niż z prawdziwej ciekawości, bo myślała bardziej o seansie niż otoczeniu. Była tu już i doskonale „poznała” kuchnię, ale wtedy była zmęczona i pochłonięta myślą o koszmarach i mordercach. Teraz wyszukiwała okna, drzwi, przejścia, patrzyła na przedmioty, wiele mówiące o właścicielu. Brenna Longbottom była gliną aż do szpiku kości, i zwracała uwagę na takie drobiazgi już nie tylko wtedy, gdy znajdowała się na miejscu zbrodni czy gdzieś, gdzie kogoś przesłuchiwała, ale i na co dzień. Pomyślała, że ten niewielki dom na styku morza i lasu pasował do Laurenta. Granice światów, zwierzęta i morze, szum drzew i szum fal. Miejsce gdzieś na krańcu świata, z dala od wielkiej polityki, od małych wojenek rodów i od tej większej wojny, nadciągającej nad Londyn. Dom, który tak bardzo odstawał od tego, co lubiła większość Prewettów, w którym nie umiałaby wyobrazić sobie jego ojca, siostry ani kuzynostwa. Nawet na wakacjach, nie wspominając już o mieszkaniu tu na stałe. A potem zastanowiła się mimowolnie, czy szukał tu spokoju, czy ucieczki.
Jak bardzo Laurent Prewett, bękarci syn, dziecko lądu i morza, czuł się nie na miejscu w świecie czystokrwistych? Może ten dom i to miejsce mówiły o nim więcej niż zachowanie na przyjęciach i na stadninach... a może Brenna dopatrywała się czegoś, czego zupełnie tu nie było.
– Nie trzeba – podziękowała, bo to nie tak, że nie byłaby gotowa poświęcić paru chwil, aby napić się kawy z Laurentem. Ale teraz ta kawa smakowałaby zdenerwowaniem i niepewnością, i to prawdopodobnie dla całej ich trójki. Chociaż Brenna tego zdenerwowania i niepewności po sobie nie pokazywała: uśmiechnęła się do Prewetta, całkiem zwyczajnie, a potem otoczyła palcami przedramię Mavelle. Przez materiał koszuli tylko chłodne, nie tak zimne, jak sama skóra. Prosty gest, jakby chciała powiedzieć jestem tutaj.
Bo po tym ostatnim wspomnieniu, o którym opowiedziała Mavelle, Brenna wierzyła, że wujek jest gdzieś tam, po drugiej stronie, ale przecież nie mogła być tego całkowicie pewna. Jeśli się myliły… Jeżeli się myliły, to nigdy nie wybaczy sobie, że przyprowadziła tutaj Bones.
– Obawiam się, że nigdy. A przynajmniej… nie w takim jak tutaj – sprostowała zaraz dla uczciwości, bo to, co stało się w podziemiach Ministerstwa Magii z kryształową czaszką, było zupełnie inną sprawą. – Jeżeli masz jakieś wskazówki, chętnie ich wysłucham. Nad pytaniami myślałyśmy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.