Uniesienie wszystkich trosk świata na własnych barkach nie było zadaniem prostym. Ba, było wręcz niemożliwe. Perseusz nie powinien się czuć w najmniejszym stopniu osamotniony w kwestii wyrzutów sumienia wynikających z domniemanego zaniedbania swojej pacjentki. W gruncie rzeczy Erik był winny tych samych grzechów. A może i nawet poważniejszych, skoro to on miał dostęp do oficjalnych akt i dokumentów całego oddziału detektywów Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Obiecał, że spróbuje zgłębić tę sprawę od środka, zajrzeć do szuflad do których nie powinien, jednak i tak poczynił w tym śledztwie minimalne postępy. A mijał już drugi miesiąc ich współpracy. Wymówek, którymi mógł usprawiedliwić swoją opieszałość. miał sporo. Beltane i ciągnące się za nim w nieskończoność konsekwencje tamtej nocy, żałoba po Derwinie, kryzys w Dolinie Godryka dotyczący zakazu wstępu do Kniei, nieoczekiwany napływ mugoli do wioski... Mógłby wymieniać w nieskończoność, a i tak czułby się niemniej winny od Blacka.
Pomimo tego, że obawiał się tego, co może usłyszeć na tym spotkaniu, tak bez większego zawahania przyjął propozycję wspólnego obiadu w restauracji. Na miejscu zjawił się ubrany praktycznie od stóp do głów na czarno; koszula z podwiniętymi rękawami, długie spodnie i ciemne, letnie buty. Ubiór ten stanowił miłą odmianę w porównaniu do burzliwej pod względem pogody wiosny, gdzie przyszło mu nosić ciężkie obuwie. Jedynym elementem odcinającym się od tej nieskończonej czerni był srebrny medalik zawieszony na szyi.
— Wybacz opóźnienie. Miałem problemy z hasłem — zaczął Erik zanim przywitał się z Perseuszem. Zawisł nad ich stolikiem, odprawiając kelnera, który go tutaj poprowadził. — Trzy razy wypowiedziałem złą frazę. Okazuje się, że akcent ma jednak spore znaczenie w ich systemie zabezpieczeń.
Westchnął ciężko, próbując złapać oddech. Zdążył się już nieco podirytować tym, że tak prosta fraza jak „Nabuchomozorator” nastręczyła mu tylu problemów, więc teraz chciał się nieco uspokoić, zanim przejdą do oficjalnej części tego jakże nieoficjalnego spotkania. Erik wziął kilka głębokich wdechów, po czym usiadł po przeciwnej stronie stołu.
— Tak, bardzo chętnie. Czerwone, słodkie? — Uniósł brwi, licząc, że na podstawie tych informacji Perseusz dobierze dla niego coś odpowiedniego z karty. — Cóż, wszystko w porządku.
Wzruszył sztywno ramionami, starając się wykrzesać z siebie minimalny uśmiech. Na sam dźwięk swoich słów poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku. To było oczywiste kłamstwo... Nie. Nie. Niedopowiedzenie. Czy faktycznie było u niego tak dobrze, jak twierdził? Lepiej niż u innych, pomyślał z przekąsem. W przeciwieństwie do innych ofiar Beltane wykaraskał się z kłopotów z minimalnymi obrażeniami. To był swego rodzaju łut szczęścia. Swoje jednak wyniósł z tej katrastrofy. Widok wygrzebywanej z ziemi siostry, strata krewniaka, jakim był Derwin Longbottom. Erik westchnął ciężko.
— A u ciebie? — Odbił piłeczkę, skupiając swoją uwagę na Perseuszu. — Cieszę się, że udało wam się uciec z Polany, zanim... Zanim zaczęły się walki. — Słyszał wprawdzie, że ludzie, którym udało się zbiec do lasu. również zostali nieco pokiereszowani, jednak w jego oczach sam fakt, że Elliott czy Perseusz nie weszli Śmierciożercom pod różdżki. był dobrą wersją tamtej nocy.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞