01.10.2023, 15:50 ✶
Brenna nie byłaby Brenną, gdyby podczas podróży pociągiem nie trajkotała jak najęta, nie dopytywała o dziadków Aveliny i ich gospodarstwo i nie rozpłaszczała nosa o szybę na podobieństwo nastolatki, ilekroć zobaczyła za nią coś intrygującego. Zapytana o „drobny wypadek”, odpowiedziała dość beztrosko, że spadła ze schodów – i co zabawne, nie było to kłamstwo. To była tylko jedna dziesiąta prawdy, bo we śnie ze schodów faktycznie ją zrzucono, ale poza tym też dźgnięto nożem, duszono, rzucano w nią zaklęciami i czarną magią poszatkowano bok.
Eliksiry, czary i maści zrobiły jednak swoje. Długie rękawy i chustka na szyi skrywały już blednące siniaki, a z pozostałych ran tylko ta na boku jeszcze dawała się we znaki, ale mikstura przeciwbólowa była nad wyraz skuteczna. Brenna nie chciała spędzać kolejnego dnia w łóżku. Poza tym… Chyba chciała chociaż na chwilę się wyrwać – z dala od Londynu, z dala od Doliny, a skoro i tak nie mogła pracować ani iść na żadne misje, to był doskonały powód. Uciec przed wszystkim, co martwiło i mieszało w głowie, od domu, w którym wciąż królowała żałoba, od widm, od myśli o więzi i chaosu w umyśle, od tysiąca drobnych spraw. Poza tym była to okazja, by poświęcić parę chwil Avelinie. A Brennę tak od kwietnia prześladowały wyrzuty sumienia, że za mało uwagi i czasu przeznacza dla swoich bliskich, bo po prostu rzadko mogła sobie pozwolić na całkiem luźny weekend. Od początku maja już nawet wolny wieczór był luksusem…
Tak, to była okazja. W końcu co mogło stać się na wsi?
Państwa Paxtonów przywitała, jak to ona, wieloma pytaniami. Ich gospodarstwo też obejrzała bardzo chętnie, z dzikim wręcz entuzjazmem, chociaż gdy zbliżył się wieczór, jej poziom energii nieco opadł, siedziała już bardzo grzecznie i do łóżka poszła jak na siebie bardzo wcześnie, po zażyciu eliksirów i zmianie opatrunku. Kolejny ranek jednak przywitała już ze świtem, znowu na podobieństwo kuli pełnej energii. Nie protestowała, kiedy zagoniono ją do roboty, chociaż może raz czy dwa ukradkiem pomogła sobie różdżką, gdy akurat nikt nie patrzył. Tu naprawdę przez chwilę… mogła po prostu o pewnych rzeczach nie myśleć. Z dala od znanych zakątków było to jakoś łatwiejsze. Nawet jeśli mogła spędzić tutaj tylko dobę, to zawsze było coś, prawda?
– Tym się jeździ? N a p r a w d ę? – spytała Brenna z pewną fascynacją, kiedy zbliżyli się do traktora. Niby widziała dwa czy trzy razy coś podobnego w Dolinie Godryka, ale jakoś nigdy nie było okazji podejść bliżej. – Rany, czego to mugole nie wymyślą, nie? Bo nam przecież wystarczy odrobina magii i szast, prast, wszystko pada… znaczy się zboże pada, wiesz – rzuciła, a Danowi, któremu odmówiono wycieczki, wcisnęła w rękę ukradkiem cukierka. Brenna prawie zawsze miała w kieszeni jakieś słodkości, zarówno dla starszych, jak i dla młodszych, tak mniej więcej odkąd skończyła jedenaście lat. Niech chłopak ma na pocieszenie.
– Nic trudnego, mówisz – stwierdziła i wdrapała się do środka.
Erik mówił, że jest czarnowidzeniem, ale nawet Brennie nie przyszło do głowy, że cokolwiek może pójść nie tak.
– I jak to właściwie działa? Jedzie i eee… co robi? – spytała, usadawiając się od okna, a Erika puszczając na środek, obok Aveliny, skoro to on miał czytać tę tajemniczo brzmiącą instrukcję obsługi.
Eliksiry, czary i maści zrobiły jednak swoje. Długie rękawy i chustka na szyi skrywały już blednące siniaki, a z pozostałych ran tylko ta na boku jeszcze dawała się we znaki, ale mikstura przeciwbólowa była nad wyraz skuteczna. Brenna nie chciała spędzać kolejnego dnia w łóżku. Poza tym… Chyba chciała chociaż na chwilę się wyrwać – z dala od Londynu, z dala od Doliny, a skoro i tak nie mogła pracować ani iść na żadne misje, to był doskonały powód. Uciec przed wszystkim, co martwiło i mieszało w głowie, od domu, w którym wciąż królowała żałoba, od widm, od myśli o więzi i chaosu w umyśle, od tysiąca drobnych spraw. Poza tym była to okazja, by poświęcić parę chwil Avelinie. A Brennę tak od kwietnia prześladowały wyrzuty sumienia, że za mało uwagi i czasu przeznacza dla swoich bliskich, bo po prostu rzadko mogła sobie pozwolić na całkiem luźny weekend. Od początku maja już nawet wolny wieczór był luksusem…
Tak, to była okazja. W końcu co mogło stać się na wsi?
Państwa Paxtonów przywitała, jak to ona, wieloma pytaniami. Ich gospodarstwo też obejrzała bardzo chętnie, z dzikim wręcz entuzjazmem, chociaż gdy zbliżył się wieczór, jej poziom energii nieco opadł, siedziała już bardzo grzecznie i do łóżka poszła jak na siebie bardzo wcześnie, po zażyciu eliksirów i zmianie opatrunku. Kolejny ranek jednak przywitała już ze świtem, znowu na podobieństwo kuli pełnej energii. Nie protestowała, kiedy zagoniono ją do roboty, chociaż może raz czy dwa ukradkiem pomogła sobie różdżką, gdy akurat nikt nie patrzył. Tu naprawdę przez chwilę… mogła po prostu o pewnych rzeczach nie myśleć. Z dala od znanych zakątków było to jakoś łatwiejsze. Nawet jeśli mogła spędzić tutaj tylko dobę, to zawsze było coś, prawda?
– Tym się jeździ? N a p r a w d ę? – spytała Brenna z pewną fascynacją, kiedy zbliżyli się do traktora. Niby widziała dwa czy trzy razy coś podobnego w Dolinie Godryka, ale jakoś nigdy nie było okazji podejść bliżej. – Rany, czego to mugole nie wymyślą, nie? Bo nam przecież wystarczy odrobina magii i szast, prast, wszystko pada… znaczy się zboże pada, wiesz – rzuciła, a Danowi, któremu odmówiono wycieczki, wcisnęła w rękę ukradkiem cukierka. Brenna prawie zawsze miała w kieszeni jakieś słodkości, zarówno dla starszych, jak i dla młodszych, tak mniej więcej odkąd skończyła jedenaście lat. Niech chłopak ma na pocieszenie.
– Nic trudnego, mówisz – stwierdziła i wdrapała się do środka.
Erik mówił, że jest czarnowidzeniem, ale nawet Brennie nie przyszło do głowy, że cokolwiek może pójść nie tak.
– I jak to właściwie działa? Jedzie i eee… co robi? – spytała, usadawiając się od okna, a Erika puszczając na środek, obok Aveliny, skoro to on miał czytać tę tajemniczo brzmiącą instrukcję obsługi.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.