01.10.2023, 16:31 ✶
Nie spodziewałem się tego zachwalania mojego wzrostu, choć powinienem, a jednak potężne rumieńce wypełży nie tylko na moje policzki, ale też kark. Cały się zalałem zawstydzeniem i skrępowaniem, bo raczej wolałem sobie stać z boku, a nie być w takim centralnym centrum na centralnym dworcu... i centralnie się rumienić jeszcze na ich oczach, co jeszcze przyprawiało mnie o większe palpitacje serca. Bo nie były one spowodowane dziką naturą mojej przyjaciółki - do tego przywykłem, można by rzec, choć czasami też i przez to dostawałem mikro zawałów serca. Obawiałem się, że któregoś dnia Alice skończy marnie przez jakąś barwną głupotę typu - łapanie Brygidy za żabie udka. Dobra, to te palpitacje jednak były również przez Alice.
Odsunąłem się od cioci Brenny, patrząc się na czubek głowy Alice. Nie wiem, co właśnie sobie myślałem... Może o tym, co ja włożę na potencjalny pogrzeb? Ale kiedy tylko jęknęła, to mi ulżyło - oznaka życia, a kiedy podniosła na nas swoje uśmiechnięte, zielone spojrzenie to jakoś nagle mi świat stanął. Sam nie wiem dlaczego. Jakoś tak... To wyszło.
Odchrząknąłem zmieszany, kiedy przywitała się z wujkiem Erikiem, i postanowiłem - odciążony przez ciocię Brennę - pogrzebać w swojej podręcznej torbie, w której to gdzieś miałem odpowiednie zioło do memłania na właśnie takie alice’owe dolegliwości, czytaj: obtłuczenia i zadrapania. Może nie przyspieszy gojenia i nie zniknie siniaków, ale przynajmniej nie będzie bolało. Wcisnąłem jej porcję zielska z dłoń, tak bez słowa i wskazałem na Brygidę paluchem:
- Ropuchy są niereformowalne. Ma szczęście, że w przerwach od dokuczania mi, wyżera te paskudne szkodniki z doniczek... Inaczej zadbałbym by wylądowała w mugolskich laboratoriach - stwierdziłem może nieco mrocznie, a może typowo frankowo. Cóż, wzruszyłem ramionami sam do siebie, bo właściwie stwierdzałem fakt, a te mugolskie laboratoria bywały podłe. Czytałem coś gdzieś kiedyś. Jakieś czasopismo albo książka.
- Właściwie to... Z Alice rozmawialiśmy w pociągu, że bez problemu może się z nami zabrać. Mówiłem, że bez problemu będzie mogła... I jestem głodny. Alice zostanie na obiedzie. I jak to jest nas w domu więcej? Kogo przybyło? - mówiłem, stwierdzałem trochę za Alice, więc mogła mnie pacnąć po głowie albo i nie, a na koniec też dopytywałem. Wywnioskowałem, że trochę się działo pod moją nieobecność. Jak zwykle zresztą, przez co byłem pewien, że powrót do szkoły miał być mi równie trudnym jak powrót ze szkoły do domu.
Odsunąłem się od cioci Brenny, patrząc się na czubek głowy Alice. Nie wiem, co właśnie sobie myślałem... Może o tym, co ja włożę na potencjalny pogrzeb? Ale kiedy tylko jęknęła, to mi ulżyło - oznaka życia, a kiedy podniosła na nas swoje uśmiechnięte, zielone spojrzenie to jakoś nagle mi świat stanął. Sam nie wiem dlaczego. Jakoś tak... To wyszło.
Odchrząknąłem zmieszany, kiedy przywitała się z wujkiem Erikiem, i postanowiłem - odciążony przez ciocię Brennę - pogrzebać w swojej podręcznej torbie, w której to gdzieś miałem odpowiednie zioło do memłania na właśnie takie alice’owe dolegliwości, czytaj: obtłuczenia i zadrapania. Może nie przyspieszy gojenia i nie zniknie siniaków, ale przynajmniej nie będzie bolało. Wcisnąłem jej porcję zielska z dłoń, tak bez słowa i wskazałem na Brygidę paluchem:
- Ropuchy są niereformowalne. Ma szczęście, że w przerwach od dokuczania mi, wyżera te paskudne szkodniki z doniczek... Inaczej zadbałbym by wylądowała w mugolskich laboratoriach - stwierdziłem może nieco mrocznie, a może typowo frankowo. Cóż, wzruszyłem ramionami sam do siebie, bo właściwie stwierdzałem fakt, a te mugolskie laboratoria bywały podłe. Czytałem coś gdzieś kiedyś. Jakieś czasopismo albo książka.
- Właściwie to... Z Alice rozmawialiśmy w pociągu, że bez problemu może się z nami zabrać. Mówiłem, że bez problemu będzie mogła... I jestem głodny. Alice zostanie na obiedzie. I jak to jest nas w domu więcej? Kogo przybyło? - mówiłem, stwierdzałem trochę za Alice, więc mogła mnie pacnąć po głowie albo i nie, a na koniec też dopytywałem. Wywnioskowałem, że trochę się działo pod moją nieobecność. Jak zwykle zresztą, przez co byłem pewien, że powrót do szkoły miał być mi równie trudnym jak powrót ze szkoły do domu.