— Wiem. Po prostu cię prowokuję — przyznał z rozbrajającą szczerością, jednak po chwili uciekł spłoszonym spojrzeniem w bok. Nie chciał dodawać przyjaciółce zmartwień, a jedynie trochę się z nią poprzekomarzać. — Wybacz, nie o to mi chodziło.
Przygryzł dolną wargę. Chciał ją zapewnić, że nigdy nie będzie sama. W końcu o to też toczyła się gra w konflikcie, w jakim brali udział. Chociaż ich pierwszorzędnym celem było uniemożliwienie Czarnemu Panu dojście do władzy, tak mieli też inne priorytety: upewnić się, że ich bliscy dożyją lepszych, spokojniejszych czasów. Żeby nikt z nich nie musiał zostać sam na pobojowisku. Nawet jeśli niektórym Brenna czasem wyjątkowo się spieszyło do tego, aby wylądować po drugiej stronie.
— Ja bym cię na jej miejscu nie zostawił — odezwał się po chwili ciepłym głosem, patrząc prosto na Norę. — Poza tym, coś czuję, że w tym roku może ci dopisać szczęście, jeśli chodzi o twoje... hmm... życie uczuciowe. — Ostrożnie dobierał słowa, wiedząc, że stąpa po potencjalnie cienkim lodzie. — A fortunie w razie czego zawsze można pomóc...
Nabrał powietrza w usta, gdy usłyszał pytanie Nory. Wzniósł oczy ku niebu, starając się podliczyć, kto właściwie obecnie powinien mieszkać w posiadłości. W sumie, spoza rodziny, gościli przede wszystkim Crawleyów, Julesa-Charlesa i Thomasa. I raczej nie było co liczyć na to, że ktokolwiek będzie mógł się wynieść na swoje, nie narażając się przy tym na niebezpieczeństwo. Okropne czasy, pomyślał z niesmakiem Erik.
— Przez większość czasu...? — zawiesił głos, nieświadomie przekształcając stwierdzenie w pytanie. — Czasami niektórzy wyjeżdżają, potem wracają... Ciężko za wszystkimi nadążyć! Zwłaszcza teraz, gdy mamy jeszcze istny zwierzyniec w domu. Na początku roku mieliśmy tylko sowy, a teraz po posiadłości kręci się ile... Czwórka psów? — Policzył na palcach, mając nadzieję, że o żadnym nie zapomniał. — A, no i dzieciaki wracają na lato. W sensie Frank. I Alice Greengrass, a że jedno nie funkcjonuje bez drugiego, to śmiało można wliczać ją do grona domowników.
Machnął niezobowiązująco ręką. Na upartego mógłby też tutaj doliczyć Jamesa Pottera, chociaż wątpił, aby ten zaszczycił swoją obecnością posiadłość Longbottomów na dłuższy czas podczas tegorocznego lata. Chyba, że matka Erika stwierdzi, że nadszedł czas na wielkie rodzinne przyjęcie, aby rodziny Potter i Longbottom mogły spędzić trochę czasu razem.
— Obawiam się, że czterdziestkę mam już zaplanowaną. — Uśmiechnął się przekornie. — Podejrzewam, że na tym etapie Brenna umieści mnie już na fotelu Ministra Magii i zacznie się domagać, żebym zatwierdził nową aranżację całego Ministerstwa na jej modłę. To pochłonie cały budżet. — Sarknął cichym śmiechem. — Mimo wszystko, masz trochę racji. Dom może poczekać. W końcu obecny jeszcze stoi i jest w... akceptowalnym stanie.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞