01.10.2023, 19:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2023, 07:34 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie zawarła żadnych bliższych znajomości z mugolami. A raczej – nie bliższych niż do tej pory, bo znała wielu ze swoich mugolskich sąsiadów. I jak to zwykle bywało, niektórych lubiła i oni lubili ją, a innych drażniła ta dziwna, pędząca wciąż gdzieś Longbottom, która tak chętnie paplała o bzdurach i słuchała, co masz do powiedzenia, ale niewiele mówiła o swojej pracy, szkole (poza tym, że pracowała gdzieś w Londynie i chodziła do prywatnej placówki) i chociaż chodziła w poszarpanych spodniach, zawsze skądś miała pieniądze. Zawsze trzymała odrobinę dystansu, bo żyli w różnych światach i ten dystans teraz tylko się umocnił. Jeśli pytała, co widzieli, robiła to służbowo i bo Zakon potrzebował informacji.
Bo tak naprawdę nie chciała rozmawiać z nimi o magii. Nie chciała rozmawiać o czymś, co było im tak dalekie. Nie była ani trochę podekscytowała. Zamiast tego… było jej zwyczajnie wstyd. Wstyd, że wojna czarodziejów namieszała w życiu mugoli z Doliny. Wstyd, ze mieli odebrać im pamięć, namieszać w głowach, tylko dla własnej wygody i bezpieczeństwa. Tak, Brenna rozumiała sens Ustawy Tajności. Wierzyła w nią i zawsze sądziła, że ich światy powinny egzystować obok siebie, stykając się tylko z rzadka. Dla dobra obu stron.
Ale wiedziała też, że sama za żadne skarby nie chciałaby oddać swoich wspomnień. Nawet tych najtrudniejszych inajpaskudniejszych. Były częścią jej. A mugolom bez pardonowo mieli te małe cząstki wyrwać. Co innego jeszcze usunąć pojedyncze wspomnienie, gdy ktoś dojrzał jak czarujesz, rzucić confundusa, aby przekonać, że coś ci się pomyliło, a co innego… coś takiego.
A jednak, tego wieczoru ruszyła w stronę miejsca ogniska. Nawet niosła ze sobą jakieś tam słoiki z konfiturami. Chociaż nie szła tu towarzysko. Szła, bo po pierwsze, mugole na miejscu mogli mieć jakieś informacje o pęknięciach. Po drugie i ważniejsze… Brenna wcale nie była pewna, czy śmierciożercy nie zechcą złożyć wizyty w miejscu, w którym mieli spotkać się czarodzieje i mugole.
Zerknęła na Norę. Kusiło ją, żeby powiedzieć, że gdyby coś się działo, niech… ale ugryzła się w język. Przecież nie było sensu jej straszyć.
– Gdybyśmy zgubiły się między ludźmi, Erik jest na miejscu. Z jego wzrostem pewnie łatwo go wyłapać – rzuciła więc zamiast tego do panny Figg, poprawiając sobie na ramieniu koszyk. Trzymała go w lewej ręce. Prawą dłoń, jakoś odruchowo, zaciskała na różdżce, skrytej w kieszeni bluzy. Brenna ubrała się po mugolsku, ale ani trochę nie wystroiła, stawiając na wygodę. Na swobodę poruszania.
Na wszelki wypadek.
Gdy zbliżyli się nieco, zaczęła się rozglądać – wiedziała w końcu, że kilku domowników i znajomych z okolicy planuje wpaść na ognisko, wypatrywała więc znajomych twarzy…
…i zamarła, gdy jej wzrok padł na niebo.
Brenna przypatrywała się sklepieniu, usianemu gwiazdami. Zachodzącemu słońcu i księżycu w pełni. I przez krótki moment ten widok wstrząsnął nią tak, że zapomniała o wszystkim innym - nawet o pełni i Eriku przypomniała sobie dopiero po paru sekundach. A może tylko wstrząsnęła ją myśl, wciskająca się do głowy.
Może tak, jak oni skrywali przed mugolami magię, inny świat i morza możliwości… i przed nimi nieskończenie wiele pozostawało ukryte.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Bo tak naprawdę nie chciała rozmawiać z nimi o magii. Nie chciała rozmawiać o czymś, co było im tak dalekie. Nie była ani trochę podekscytowała. Zamiast tego… było jej zwyczajnie wstyd. Wstyd, że wojna czarodziejów namieszała w życiu mugoli z Doliny. Wstyd, ze mieli odebrać im pamięć, namieszać w głowach, tylko dla własnej wygody i bezpieczeństwa. Tak, Brenna rozumiała sens Ustawy Tajności. Wierzyła w nią i zawsze sądziła, że ich światy powinny egzystować obok siebie, stykając się tylko z rzadka. Dla dobra obu stron.
Ale wiedziała też, że sama za żadne skarby nie chciałaby oddać swoich wspomnień. Nawet tych najtrudniejszych inajpaskudniejszych. Były częścią jej. A mugolom bez pardonowo mieli te małe cząstki wyrwać. Co innego jeszcze usunąć pojedyncze wspomnienie, gdy ktoś dojrzał jak czarujesz, rzucić confundusa, aby przekonać, że coś ci się pomyliło, a co innego… coś takiego.
A jednak, tego wieczoru ruszyła w stronę miejsca ogniska. Nawet niosła ze sobą jakieś tam słoiki z konfiturami. Chociaż nie szła tu towarzysko. Szła, bo po pierwsze, mugole na miejscu mogli mieć jakieś informacje o pęknięciach. Po drugie i ważniejsze… Brenna wcale nie była pewna, czy śmierciożercy nie zechcą złożyć wizyty w miejscu, w którym mieli spotkać się czarodzieje i mugole.
Zerknęła na Norę. Kusiło ją, żeby powiedzieć, że gdyby coś się działo, niech… ale ugryzła się w język. Przecież nie było sensu jej straszyć.
– Gdybyśmy zgubiły się między ludźmi, Erik jest na miejscu. Z jego wzrostem pewnie łatwo go wyłapać – rzuciła więc zamiast tego do panny Figg, poprawiając sobie na ramieniu koszyk. Trzymała go w lewej ręce. Prawą dłoń, jakoś odruchowo, zaciskała na różdżce, skrytej w kieszeni bluzy. Brenna ubrała się po mugolsku, ale ani trochę nie wystroiła, stawiając na wygodę. Na swobodę poruszania.
Na wszelki wypadek.
Gdy zbliżyli się nieco, zaczęła się rozglądać – wiedziała w końcu, że kilku domowników i znajomych z okolicy planuje wpaść na ognisko, wypatrywała więc znajomych twarzy…
…i zamarła, gdy jej wzrok padł na niebo.
Brenna przypatrywała się sklepieniu, usianemu gwiazdami. Zachodzącemu słońcu i księżycu w pełni. I przez krótki moment ten widok wstrząsnął nią tak, że zapomniała o wszystkim innym - nawet o pełni i Eriku przypomniała sobie dopiero po paru sekundach. A może tylko wstrząsnęła ją myśl, wciskająca się do głowy.
Może tak, jak oni skrywali przed mugolami magię, inny świat i morza możliwości… i przed nimi nieskończenie wiele pozostawało ukryte.
Jedzenie: słoik konfitur i czekolady z Miodowego Królestwa.
Dla siebie i znajomych kiełbaski.
Dla siebie i znajomych kiełbaski.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.