01.10.2023, 21:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.10.2023, 21:35 przez Florence Bulstrode.)
Niewiele osób wiedziało, gdzie przy ulicy Horyzontalnej znajduje się przejście wiodące do domu Bulstrodów, kiedy więc ktoś zapukał do drzwi, Florence mogła domyśleć się, że to jakiś krewny bądź bliski przyjaciel domu. A że sama właśnie upewniała się, że salon na parterze spełnia jej rygorystyczne wymogi dotyczące czystości, pośpieszyła otworzyć sama, nie czekając aż zrobi to skrzatka. Ze szpitala wyszła już godzinę temu – po bardzo długim i bardzo męczącym, ale i satysfakcjonującym dyżurze – zdążyła więc przebrać się, zjeść i uczesać. Gdy otwierała więc Laurentowi drzwi, wyglądała dokładnie… dokładnie jak Florence, dość typowa czystokrwista: w szarej koszuli i błękitnej spódnicy, jak zwykle doskonale do siebie dopasowanych. Ba, pasowały nawet do niebieskich, domowych pantofli…
- Witaj, Laurencie – przywitała się, a na jej ustach zamajaczył uśmiech, kiedy odkryła, że na progu stoi kuzyn. Uśmiech poszerzył się nieco, gdy powiedział, że wygląda kwitnąco, chociaż Florence nie należała do osób słabych wobec komplementów i znała na pamięć wszystkie sztuczki młodego Prewetta. – Doprawdy? To może mieć coś wspólnego z tym, że bardzo miło zakończyłam dzień pracy. Wyobraź sobie, że znalazłam dwójkę stażystów w schowku, gdy powinni być na dyżurze. Zapewnili, że weszli tam posprzątać. Doceniłam ich zaangażowanie i zapowiedziałam, że to doskonale, jutro rano sprawdzę, czy udało im się wszystko uporządkować tak, jak należy… Doceniam tę inicjatywę, miałam zamiar zrobić tam porządki w przyszłym tygodniu – stwierdziła. Nie, nie wyolbrzymiała. Wręcz nie opowiedziała wszystkiego: na przykład jak spytała, czy te rozchełstane ubrania to od tego, jak bardzo pochłonęło ich sprzątanie. I o tym, że zasadniczo w chwili, w której zostawiła ich, aby faktycznie posprzątali, zostało im do końca pracy zaledwie pół godziny, a by posprzątać schowek nawet w dwójkę będą potrzebowali minimum trzech.
Cóż, sami byli sobie winni. Mieli być zupełnie gdzieś indziej.
Ale to właśnie z takich powodów Florence w szpitalu uważano za potwora.
– Zapraszam, mój drogi – powiedziała, przesuwając się, aby wpuścić Prewetta do środka, a potem skierowała się wprost do wspólnego salonu. – Oczywiście, że znajdę dla ciebie czas – zapewniła, zerkając na niego przez moment, i próbując odgadnąć, czy wydarzyło się coś, co wymagało omówienia albo pomocy, czy może Laurent po prostu znalazł się w pobliżu i postanowił sprawdzić, czy ktoś z Bulstrodów jest w domu. Trzasnęło, kiedy Florence przywołała skrzatkę i poprosiła, aby przyniosła herbatę oraz ciasteczka. – Siadaj, proszę. Czy jadłeś już obiad? Atreusa nie ma w domu, jeżeli to z nim lub o nim chciałeś porozmawiać – dodała jeszcze, bo przecież miała w pamięci list, jaki dostała od Laurenta i całkiem niedawne wyznanie, jakie poczynił jej brat. Rozważała przez moment nawet, czy powinna spytać Prewetta, czy doczekał się chociaż przeprosin… ale być młodzieniec nie chciał poruszać tego tematu i Florence nie powinna niepotrzebnie się nad nim rozwodzić.
- Witaj, Laurencie – przywitała się, a na jej ustach zamajaczył uśmiech, kiedy odkryła, że na progu stoi kuzyn. Uśmiech poszerzył się nieco, gdy powiedział, że wygląda kwitnąco, chociaż Florence nie należała do osób słabych wobec komplementów i znała na pamięć wszystkie sztuczki młodego Prewetta. – Doprawdy? To może mieć coś wspólnego z tym, że bardzo miło zakończyłam dzień pracy. Wyobraź sobie, że znalazłam dwójkę stażystów w schowku, gdy powinni być na dyżurze. Zapewnili, że weszli tam posprzątać. Doceniłam ich zaangażowanie i zapowiedziałam, że to doskonale, jutro rano sprawdzę, czy udało im się wszystko uporządkować tak, jak należy… Doceniam tę inicjatywę, miałam zamiar zrobić tam porządki w przyszłym tygodniu – stwierdziła. Nie, nie wyolbrzymiała. Wręcz nie opowiedziała wszystkiego: na przykład jak spytała, czy te rozchełstane ubrania to od tego, jak bardzo pochłonęło ich sprzątanie. I o tym, że zasadniczo w chwili, w której zostawiła ich, aby faktycznie posprzątali, zostało im do końca pracy zaledwie pół godziny, a by posprzątać schowek nawet w dwójkę będą potrzebowali minimum trzech.
Cóż, sami byli sobie winni. Mieli być zupełnie gdzieś indziej.
Ale to właśnie z takich powodów Florence w szpitalu uważano za potwora.
– Zapraszam, mój drogi – powiedziała, przesuwając się, aby wpuścić Prewetta do środka, a potem skierowała się wprost do wspólnego salonu. – Oczywiście, że znajdę dla ciebie czas – zapewniła, zerkając na niego przez moment, i próbując odgadnąć, czy wydarzyło się coś, co wymagało omówienia albo pomocy, czy może Laurent po prostu znalazł się w pobliżu i postanowił sprawdzić, czy ktoś z Bulstrodów jest w domu. Trzasnęło, kiedy Florence przywołała skrzatkę i poprosiła, aby przyniosła herbatę oraz ciasteczka. – Siadaj, proszę. Czy jadłeś już obiad? Atreusa nie ma w domu, jeżeli to z nim lub o nim chciałeś porozmawiać – dodała jeszcze, bo przecież miała w pamięci list, jaki dostała od Laurenta i całkiem niedawne wyznanie, jakie poczynił jej brat. Rozważała przez moment nawet, czy powinna spytać Prewetta, czy doczekał się chociaż przeprosin… ale być młodzieniec nie chciał poruszać tego tematu i Florence nie powinna niepotrzebnie się nad nim rozwodzić.