W burdelu własnych myśli można było odnaleźć się na dwa sposoby - po pierwsze mogłeś to porządkować, co robił właśnie Nott. Odbierało to trochę radości z życia, sprawiało, że głowa stawała się ciężka i człowiek robił się przytłoczony, ale na dłuższy dystans pozwalało poznać siebie, ułożyć swoje problemy, z niektórymi się pogodzić, inne przepracować, jeszcze inne uznać za takie, przy których potrzebujesz pomocy. Drugim rozwiązaniem była ucieczka. Uciekałbyś bardzo, bardzo daleko, żeby tylko pozbyć się szarpiących za włosy demonów, co zostawiały głębokie bruzdy w skórze i regularnie upuszczały krew. Laurent nie mógł nie podziwiać Philipa za wszystkie stawiane przez niego kroki - sam stosował raczej taktykę utrzymywania tego wszystkiego na poziomie niezmiennym. Czasem uciekał, czasami stawał naprzeciw swojemu odbiciu w lustrze i wypowiadał to, co snuło się tylko w cieniach po kątach. Brak zainteresowania światem zewnętrznym wcale nie był czynnikiem wspomagającym. Laurent mieszkał na krańcu świata chcąc mieć z tym wielkim światem jak najmniej do czynienia, ale to też nie było zdrowe, żeby wiecznie uciekać i nie było nawet możliwe, skoro chciał ten świat zmieniać.
Skinął ze dwa razy głową na znak, że rozumie. Te emocje, które nim kołatały. Nie było miło o nich usłyszeć, to jasne. Przywodziło na myśl ciągle tę samą wersję wydarzeń, że ciągle jest coś robione źle, że jest się niewystarczająco dobrym, a najlepsze, co wychodzi to... Musiał to usłyszeć i chciał to słyszeć, żeby lepiej rozumieć i odnaleźć się w tej sytuacji. To już było "my". Nie "ty" i "ja". My. Bardzo brzydkie, malowane palcem na piasku, koślawe, ale nawet takie wzorce posiadały swój urok. Jeśli było się wystarczająco poplątanym, że to dostrzec. Cokolwiek między nimi było stanowiło zawirowanie życia i nic nie wskazywało na to, żeby szybko się rozjaśniło. Żaden z nich nie potrafił tego definitywnie zakończyć. Żaden z nich nie był tutaj "tym mądrzejszym". Kto był elementem problematycznym? Bo właściwie to Laurent wiedział, czego chciałby Philip. Jak to widział. Chciał mieć takiego towarzysza, z którym dzieliłoby go więcej niż łóżko. Z którym dzieliłby emocje i codzienne sprawy, ale jednocześnie nie chciał go mieć w codzienności, bo przecież miał o wiele ważniejsze rzeczy - jak swoja kariera, jak reputacja, jak uwielbienie tłumów. Laurent marzył o czymś więcej, a jeśli już miałby dopuszczać do siebie to, czego Philip chciał to wiedział, że byłby nieszczęśliwy. Bo to dla niego naprawdę nie zmieniało wielce z tego, co między nimi było. Utrudniało jedynie, bo sprawiało, że Laurent dopuszczał do siebie te emocje, które chciał pilnować.
Nie odpowiedział od razu. Spojrzał, jak Philip się podnosi i automatycznie sięgnął dłonią do krawatu, żeby całkowicie zsunąć go z szyi i pozwolić mu całkiem niedbale opaść na podłogę. Nie, tak nie powinno być. Czego chciał? Chciał... wyjść naprzeciwko oczekiwaniom. Wypełniać je. Chciał się poczuć kochany, potrzebny. Chciał tego uniesienia i dotyku, jakby był jego narkotykiem, bez którego nie mógł żyć i oddychać. Ale nie odpowiedział. Rozchylił tylko usta, bo myśli się zbyt łatwo w tym momencie rozpływały. I żadna odpowiedź nie była odpowiednia. Nie w tym rosnącym oczekiwaniu i pragnieniu.