02.10.2023, 10:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2023, 10:43 przez Florence Bulstrode.)
Ciężko było powiedzieć, czy Florence miała odwagę do bycia sobą. Była to chyba raczej pewność swego: pewność, wynikająca po części dzięki wychowaniu w takich, a nie innych warunkach. I z tego, że miała rzeczy, częściowo niezależne od niej - bo ani nauka magii, ani teorii, nigdy nie przychodziła jej z trudnością, rodzice zawsze zapewniali jej to, co najlepsze, a z powodu nazwiska i pozycji matki oraz ojca, nikt nigdy nie patrzył na nią z góry. Dodać do tego, że dobre maniery również wyniosła z domu. Florence po prostu była tak pewna, że postępuje właściwie, że niezbyt obchodziło ją, jakie zdanie mieli na ten temat inni. To mogło być już wręcz zadufanie w sobie, nie śmiałość. Poza tym - była też pewna, że te osoby, które naprawdę się liczą, nie znikną nagle z jej życia, a to ułatwiało ignorowanie zdania innych.
- Nie zdążyłyśmy, ponieważ wyjechałam z Londynu - powiedziała Florence, spoglądając na Laurenta z czymś na kształt odrobiny rozbawienia. Kiedy skrzatka pojawiła się z herbatą, poprosiła ją, by naszykowała także sałatkę, a sama za pomocą różdżki przelewitowała imbryk i filiżanki na stół. Bulstrode była jedną z tych czarownic, które bardzo rzadko robiły coś "jak mugole", kiedy mogła użyć magii - swoje zapewne robiło wychowanie w czystokrwistej rodzinie i poza jednym, krótkim epizodem, brak mugolskich kontaktów. - Ale właśnie taki mamy zamiar i to w najbliższych dniach - zapewniła, po czym podeszła do jednej z szafek.
Florence nie była wielką fanką słodyczy. Jeżeli już je jadła, to najczęściej gorzką czekoladę. W otworzonej szafce piętrzyły się jednak słodkości, oczywiście starannie ułożone, tak, aby jak najlepiej zagospodarować przestrzeń. Bogate zaopatrzenie wynikało z trzech czynników. Po pierwsze, Bulstrode zawsze pilnowała, by mieć zapas z Miodowego Królestwa, tych magicznych smakołyków, dodających energii. Po drugie, niekiedy coś dostawała - i chociaż w szpitalu zazwyczaj twardo odmawiała jakichkolwiek podarków, traktując je jako próbę przekupstwa, to zdarzało się, że coś i tak ktoś zostawiał bądź słał pocztą. Po trzecie, niekiedy któryś z braci też coś dostawał albo matka przynosiła skądś całe stosy słodyczy (i rzucała je na prawo i lewo, a Florence metodycznie je segregowała).
- Powiedziałabym, że raczej pobudzają, ale jeżeli ci to pomaga... - powiedziała, wyciągając jedną z bombonierek, by wręczyć ją Laurentowi. - Zdaje się, że to z nowego sklepu na Pokątnej, pewnie ktoś przysłał ją sową - oceniła, zerkając na etykietę, wskazującą na to, że bombonierka była rzemieślniczą robotą. Florence nie pamiętała, żeby taką kupiła, ale było bardzo możliwe, że przyszła na przykład po ostatnim rankingu Czarownicy.
- Mój drogi, nadmiernie skupiasz się na tym, co ty zrobiłeś nie tak i nie dostrzegasz, że to raczej drugiej stronie powinno być wstyd - oceniła, znów zajmując miejsca obok kuzyna. Bo Florence wiedziała, że Atreus był agresywny. I ani trochę nie była z tego zadowolona, nawet jeżeli dostrzegała też, że brat był w złym stanie i domyślała się, co w postępowaniu Prewetta go rozwścieczyło. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała zrzucać winę na Laurenta, który tutaj ucierpiał najbardziej.
Zmarszczyła nieco brwi, gdy odpowiedź, jakiej udzielił Laurent odnośnie Edwarda, wydała się jej... nieco dziwnie sformułowana.
- Wszystko w porządku, Laurencie?
- Nie zdążyłyśmy, ponieważ wyjechałam z Londynu - powiedziała Florence, spoglądając na Laurenta z czymś na kształt odrobiny rozbawienia. Kiedy skrzatka pojawiła się z herbatą, poprosiła ją, by naszykowała także sałatkę, a sama za pomocą różdżki przelewitowała imbryk i filiżanki na stół. Bulstrode była jedną z tych czarownic, które bardzo rzadko robiły coś "jak mugole", kiedy mogła użyć magii - swoje zapewne robiło wychowanie w czystokrwistej rodzinie i poza jednym, krótkim epizodem, brak mugolskich kontaktów. - Ale właśnie taki mamy zamiar i to w najbliższych dniach - zapewniła, po czym podeszła do jednej z szafek.
Florence nie była wielką fanką słodyczy. Jeżeli już je jadła, to najczęściej gorzką czekoladę. W otworzonej szafce piętrzyły się jednak słodkości, oczywiście starannie ułożone, tak, aby jak najlepiej zagospodarować przestrzeń. Bogate zaopatrzenie wynikało z trzech czynników. Po pierwsze, Bulstrode zawsze pilnowała, by mieć zapas z Miodowego Królestwa, tych magicznych smakołyków, dodających energii. Po drugie, niekiedy coś dostawała - i chociaż w szpitalu zazwyczaj twardo odmawiała jakichkolwiek podarków, traktując je jako próbę przekupstwa, to zdarzało się, że coś i tak ktoś zostawiał bądź słał pocztą. Po trzecie, niekiedy któryś z braci też coś dostawał albo matka przynosiła skądś całe stosy słodyczy (i rzucała je na prawo i lewo, a Florence metodycznie je segregowała).
- Powiedziałabym, że raczej pobudzają, ale jeżeli ci to pomaga... - powiedziała, wyciągając jedną z bombonierek, by wręczyć ją Laurentowi. - Zdaje się, że to z nowego sklepu na Pokątnej, pewnie ktoś przysłał ją sową - oceniła, zerkając na etykietę, wskazującą na to, że bombonierka była rzemieślniczą robotą. Florence nie pamiętała, żeby taką kupiła, ale było bardzo możliwe, że przyszła na przykład po ostatnim rankingu Czarownicy.
- Mój drogi, nadmiernie skupiasz się na tym, co ty zrobiłeś nie tak i nie dostrzegasz, że to raczej drugiej stronie powinno być wstyd - oceniła, znów zajmując miejsca obok kuzyna. Bo Florence wiedziała, że Atreus był agresywny. I ani trochę nie była z tego zadowolona, nawet jeżeli dostrzegała też, że brat był w złym stanie i domyślała się, co w postępowaniu Prewetta go rozwścieczyło. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała zrzucać winę na Laurenta, który tutaj ucierpiał najbardziej.
Zmarszczyła nieco brwi, gdy odpowiedź, jakiej udzielił Laurent odnośnie Edwarda, wydała się jej... nieco dziwnie sformułowana.
- Wszystko w porządku, Laurencie?