02.10.2023, 11:46 ✶
Florence chyba sama nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, jak często i chętnie Laurent udawał. Tak, dostrzegała jego niepewność, bo ciężko byłoby jej nie zauważyć, kiedy spędzasz z kimś wiele czasu przez całe lata i na tej osobie ci zależy. Ale ani to, że była (wbrew temu, co sądzono w szpitalu) całkiem empatyczna i stosunkowo spostrzegawcza, ani to, że umiała odczytać cudze intencje, nie mogło zagwarantować, że dostrzeże wszystko.
Zresztą, Bulstrode nie miała tak naprawdę nadmiernych skłonności do analizowania cudzych zachowań i wypowiedzi. Laurent po prostu był. Był jej bliski. A ona była gotowa wysłuchać wszystkiego, co zechciałby jej powiedzieć.
Gorzej, że teraz mówił rymem.
- Och - powiedziała, nieco szerzej otwierając oczy, a potem gestem jak na nią wyjątkowo gwałtownym, chwyciła bombonierkę i zaczęła pośpiesznie odczytywać skład. Florence nie była mistrzynią eliksirów, ale medykiem już tak i powinna być w stanie wyłapać, jeżeli coś komuś zaszkodzi...
Trzasnęło. Skrzatka pojawiła się z talerzem sałatki. Florence po prostu pochwyciła talerzyk i podsunęła go kuzynowi. Sałatka była tą samą, którą Bulstrode przygotowała dla siebie, a więc pozbawioną mięsa, za to z wielką obfitością warzyw i ze specjalnym sosem.
- Zjedz sałatkę, a mnie daj chwilę - poradziła, bo jeżeli myślał, że posiłek musi poczekać, to naprawdę się pomylił. Oczywiście, że nie musiał czekać. Czemu miałby, zwłaszcza, że Prewett miał chwilowo... drobne problemy z komunikacją, a ona sama była zajęta oględzinami podejrzanej bombonierki? Florence bywała ostrożna, ale trzeba przyznać, że nie miała skłonności do paranoi. Nawet do głowy nie wpadłoby jej sprawdzać tego typu przesyłek... a może powinna zacząć, skoro czasy były niespokojne, a jej bracia pracowali jako aurorzy?
Bulstrode wyciągnęła jedną z czekoladek i położyła ją na pudełeczku, a potem wyciągnęła różdżkę. Zaklęcie mistrza Skarpina sprawiło, że rozwinęła się przed nią lista składników czekoladki. Florence zerkała to na opakowanie, to na widmową listę, porównując ją. Potem znów rzuciła czar, najpierw jeden, potem drugi i wreszcie trzeci, sprawdzając, czy bombonierkę obłożono jakimś czarem... a kiedy odkryła, że tak, czy potrafi go złamać. Odrobina irytacji wkradła się do jej spojrzenia, kiedy odkryła, że i owszem - Prewett zaczął rymować z powodu tej bombonierki.
- Naprawdę bardzo cię przepraszam, mój drogi. Najwyraźniej drobne zaklęcie, jakie nałożono na te czekoladki w połączeniu ze składem sprawia, że osoba, która je zje, przez dwanaście godzin rymuje - powiedziała. Nie wydawała się szczęśliwa, bo Florence nie bawiły takie żarty. Owszem, posiadała pewne poczucie humoru, ale bardzo specyficzne i nieco wisielcze. Nie obejmowało podawania komuś zaklętych bombonierek. - Nie jestem pewna, czy ktoś próbował ze mnie zakpić czy może to żart jednego z przyjaciół chłopców, ale padłeś jego ofiarą.
To nie był problem na tyle wielki, aby przygnieść Florence do ziemi wyrzutami sumienia. Nie należała do osób, które nadmiernie przejmowały się czymś, co w gruncie rzeczy było drobiazgiem. Ale i tak miała odrobinę wyrzutów sumienia, że prawdopodobnie głupia czekoladka popsuła Laurentowi dzień.
Zresztą, Bulstrode nie miała tak naprawdę nadmiernych skłonności do analizowania cudzych zachowań i wypowiedzi. Laurent po prostu był. Był jej bliski. A ona była gotowa wysłuchać wszystkiego, co zechciałby jej powiedzieć.
Gorzej, że teraz mówił rymem.
- Och - powiedziała, nieco szerzej otwierając oczy, a potem gestem jak na nią wyjątkowo gwałtownym, chwyciła bombonierkę i zaczęła pośpiesznie odczytywać skład. Florence nie była mistrzynią eliksirów, ale medykiem już tak i powinna być w stanie wyłapać, jeżeli coś komuś zaszkodzi...
Trzasnęło. Skrzatka pojawiła się z talerzem sałatki. Florence po prostu pochwyciła talerzyk i podsunęła go kuzynowi. Sałatka była tą samą, którą Bulstrode przygotowała dla siebie, a więc pozbawioną mięsa, za to z wielką obfitością warzyw i ze specjalnym sosem.
- Zjedz sałatkę, a mnie daj chwilę - poradziła, bo jeżeli myślał, że posiłek musi poczekać, to naprawdę się pomylił. Oczywiście, że nie musiał czekać. Czemu miałby, zwłaszcza, że Prewett miał chwilowo... drobne problemy z komunikacją, a ona sama była zajęta oględzinami podejrzanej bombonierki? Florence bywała ostrożna, ale trzeba przyznać, że nie miała skłonności do paranoi. Nawet do głowy nie wpadłoby jej sprawdzać tego typu przesyłek... a może powinna zacząć, skoro czasy były niespokojne, a jej bracia pracowali jako aurorzy?
Bulstrode wyciągnęła jedną z czekoladek i położyła ją na pudełeczku, a potem wyciągnęła różdżkę. Zaklęcie mistrza Skarpina sprawiło, że rozwinęła się przed nią lista składników czekoladki. Florence zerkała to na opakowanie, to na widmową listę, porównując ją. Potem znów rzuciła czar, najpierw jeden, potem drugi i wreszcie trzeci, sprawdzając, czy bombonierkę obłożono jakimś czarem... a kiedy odkryła, że tak, czy potrafi go złamać. Odrobina irytacji wkradła się do jej spojrzenia, kiedy odkryła, że i owszem - Prewett zaczął rymować z powodu tej bombonierki.
- Naprawdę bardzo cię przepraszam, mój drogi. Najwyraźniej drobne zaklęcie, jakie nałożono na te czekoladki w połączeniu ze składem sprawia, że osoba, która je zje, przez dwanaście godzin rymuje - powiedziała. Nie wydawała się szczęśliwa, bo Florence nie bawiły takie żarty. Owszem, posiadała pewne poczucie humoru, ale bardzo specyficzne i nieco wisielcze. Nie obejmowało podawania komuś zaklętych bombonierek. - Nie jestem pewna, czy ktoś próbował ze mnie zakpić czy może to żart jednego z przyjaciół chłopców, ale padłeś jego ofiarą.
To nie był problem na tyle wielki, aby przygnieść Florence do ziemi wyrzutami sumienia. Nie należała do osób, które nadmiernie przejmowały się czymś, co w gruncie rzeczy było drobiazgiem. Ale i tak miała odrobinę wyrzutów sumienia, że prawdopodobnie głupia czekoladka popsuła Laurentowi dzień.