Bawiło go to na chwilę obecną, ale zaraz dotrze do niego, że rzeczywiście właściwie to był cały dzień... po prostu zepsuty. Bo nie pokaże się tak nigdzie, nie skontaktuje z nikim, będzie siedział w domu i nawet nie będzie chciał komunikować się z pracownikami. No bo jak? Co by wtedy z niego wyszło, jakim by się pokazał? Oj nie, to byłoby absolutnie straszne i upokarzające. Przede wszystkim w pierwszym odruchu nie przyszło mu do głowy, że to mogłoby być bardziej problematyczne, niż się wydało. Jego głowa zajęta była tym, że w ogóle rymował, jak to się działo i czy był w stanie zatrzymać ten proces. No i - gdzie on się w ogóle zaczynał i gdzie zaczął? Gdyby Florence szybcikiem nie zajęła jego dłoni sałatką (podstępnie) to by sam łapał się za te pralinki, bo to pierwsze, co mu przyszło do głowy. Pierwsze, z czym sam miał do czynienia, jeśli chodziło o zmianę w jego otoczeniu, co mogłoby doprowadzić do takich... zupełnie nieoczekiwanych konsekwencji.
Więc sałatka rzeczywiście nie poczekała. Odłożył ołówek i złapał miseczkę, zanurzając w niej widelec, obserwując trochę z rozbawieniem Florence, ciągle niedowierzając temu, co samo popłynęło z jego ust. Kłócić się z Florence albo jej odmawiać? Brrr... bogowie tylko wiedzieli, jak straszny mógł być gniew tej istoty, gdyby powiedzieć coś nieodpowiedniego i niezgodnego z prawidłami jej świata! Tak żartami mówiąc, ale Laurent nie myślał o tym, żeby wykłócać się o sałatkę, którą i tak chciał zjeść. Nic nie mógł poradzić na to, że w towarzystwie Bulstrodów wszystko smakowało lepiej, dobrze, że nawet chciało się jeść - chociaż z tym ostatnim to też czasami bywało różnie, ale to nie była kwestia towarzystwa tylko ewentualnych zawirowań jego życia. W zasadzie to Laurent bardzo lubił jej matkowanie, nawet jeśli czasami się z niego podśmiewał czy żartował. Lubił to proste, codzienne zmartwienie, czy dobrze spałeś, czy dobrze jadłeś, a nie łaź po nocach, a powinieneś więcej pomidorów jeść, bo mają dużo potasu... i tak dalej.
Nie odzywał się, ale to z oczywistych powodów. Może i było to zabawne przez moment, ale było też nieco frustrujące, że się nie można było całkowicie normalnie porozumieć. Najbardziej jednak wytrącało z równowagi przez śmiech. Ciężko było się skupić na rozmowie, kiedy z twoich ust wypływały same jakieś głupotki.
- D-dwanaście? - Och, no właśnie. To był ten moment, w którym to przestawało być zupełnie zabawne. Z lekkim przestrachem pouciekał oczami na boki, kiedy intensywnie się zastanawiał, czy jest w stanie wszystkie swoje plany... spuścić w toalecie, bo najwyraźniej będzie musiał to zrobić. Nie, to zdecydowanie nie był koniec świata, a tym bardziej nie zamierzał tego brać jakoś zanadto do siebie. Na szczęście to był tylko żarcik. Owszem, nieśmieszny koniec końców, szczególnie, że trwał tak długo. Pewnie ktoś chciał sobie zakpić po prostu z kobiety i tyle. Laurent machnął różdżką, żeby zakląć ołówek na chwilę obecną, by móc mieć ręce nadal zajęte jedzeniem.
- "Jakoś sobie poradzę. Nic się nie stało, skąd mogłaś wiedzieć." - Uśmiechnął się lekko do niej, pokrzepiająco. Trudno. Chciał co prawda z nią żywiej porozmawiać o różnych tematach... ale nie teraz to innym razem. Nic się nie stało.
- To całkiem męczące, gdy tak gadam i rymy opowiadam. Oooch... - Wywrócił oczami, ale mimo to znowu parsknął śmiechem, ubawiony. Chyba jednak coś dobrego z tego wyszło? Na pewno wyszło, bo ewidentnie Laurent miał ubaw i właściwie to nawet zagaił o parę błahych tematów tylko po to, żeby siebie samego posłuchać w tych bzdurkach i po prostu... się pośmiać.