What if I quit and then you don't want me?
The dinner conversation no one talks about
Don't know how much longer I can keep this down
Świat byłby prostszy, gdyby reakcje mózg-serce-ciało były zawsze ze sobą zgodne. Panowałaby tam idealna harmonia, tak i świat był w tej utopii ułożony, pozbawiony cierni i rozpalonych węgli, po których stąpały bose stopy. Nie było tu utopii i daleko było temu do raju. Jedno z wielu mieszkań, choć łączyło się z nim tyle wspomnień. Tak jak pewnie wielu innych, jemu podobnych, miało doświadczenia związane z tą jadalnią, z tą sypialnią. Z samym Nottem. List osób wyciągających dłonie do Philipa z pewnością była długa. I raczej dłuższa niż ta, którą mógłby sprezentować Laurent. Obaj nie chcieliby jej oglądać tak czy inaczej. Świat byłby prostszy, gdyby Philip nie podniósł się z tego krzesła. Czy wiesz, że każdy twój krok niósł siłę tajfunu? Po prostu nie potrafiłem mu się oprzeć. Byłby prostszy, gdyby silna wola miała swój wpływ na podejmowane decyzje i potrafiła oświecić umysł zbawiennym blaskiem mądrości, jaką żaden z nich nie potrafił się popisać. Gdybyś tylko ty sam potrafił się odsunąć, a palce zamiast poluzować krawat to zgodnie z zamierzeniem - zacisnęłyby go mocniej. Zdecydowane spojrzenie, oznajmienie, że nie - nie zamierza grać takiej roli, bo nie była dla niego dobra. Zamiast tego co? Zamiast tego były rozpływająca się jaźń otumaniona zapachem kawy i wody kolońskiej, kiedy Philip podszedł bliżej. Uwielbiał to połączenie - tego zapachu. Był tak często wyczuwalny od tego blondyna...
Niee. Pomyślał, ale dał się pociągnąć za koszulę i podniósł z krzesła, spoglądając w te oczy, na ten uśmiech... Uśmiech. Czemu dopiero teraz? To było takie kurewsko smutne, pożerało go żywcem w całkowitej sprzeczności tego, czego naprawdę chciał. Gdyby jednak oderwał jego ręce od swojego ubrania, bo uniósł swoją dłoń i położył na dłoni Philipa, gdyby teraz wyszedł - byłoby lepiej? Pozostawiłoby niesmak, niezadowolonego Philipa i ciągle niewyjaśnioną sytuację. Pozostawiłoby go w gorączkowym pragnieniu, którego zaspokojenia i tak gdzieś by szukał. Gdziekolwiek. A może tylko starał się samemu sobie tłumaczyć swoje zachowanie? Przed własnym widmem w głowie, które jak odbicie w lustrze - najlepiej drwiło i szydziło z własnych błędów i win. Ręka Laurenta nie zatrzymała więc dłoni Philipa, a jedynie na nim oparła.
Świat wydawał się był jednak prosty i na swoim miejscu, kiedy smakował jego ust.
Tak, zdecydowanie świat wydawał się prosty, odpowiedni, niechwiejący, kiedy twoją ramą były ramy takich ramion. Duma, honor, poczucie wartości siebie? To wszystko było marnym kłamstwem, które rozmywało się w potrzebie zaspokojenia cielesnej uciechy. Oddaniem hołdu ciału, które wiodło prym, choć Philip starał się powiedzieć, że zdecydowanie chciał czegoś więcej. A przynajmniej... nie chciał tracić tego, co mogło zostać stworzone. Zaklęty pocałunkiem Laurent spojrzał przez moment na Philipa, kiedy ten zadał to niby trywialne, niby banalne, a tak wymowne pytanie. Wiedziałem. Że to spotkanie nie mogło mieć innego zakończenia, kiedy pojawiła się taka propozycja zjedzenia śniadania w tych ścianach. Wszystkie rozmowy, które nie miałyby mieć prawa na ulica, wszystkie gesty, które by się nie pojawiły, bo należałoby się pilnować. Mrugnął. Zresetował swój obraz za czarną ścianą powiek malowanych tęczowymi blaskami i kręgami tęczówek, nim zamiast odpowiedzi przyciągnął Philipa do siebie, opierając się pośladkami o stół i niedbałym ruchem, niecierpliwym, przesuwając filiżankę, już pustą, na bok. Było w tym coś innego, niż zazwyczaj oferował Philipowi. Coś bardziej głodnego, niecierpliwego, przejmującego stery zabawy - a Laurent dobrze wiedział, czego chce i czego potrzebował.
Więc zamienił rozmowy na westchnięcia.
Nie chciał wchodzić do sypialni Notta. Nie chciał zostawać na cały dzień, na noc, skorzystać z tej propozycji. Poszedł pod prysznic, spoglądając na własne dłonie, którym nie ufał, choć to przecież była... niczyja wina. Na te blizny, które go zaczęły szpecić, a których nie śpieszył się pozbyć. Bo jakoś... pasowały, że tam były. Uzewnętrzniały jego brzydotę. Powoli i spokojnie ubrał się w swoje ciuchy. Naprawdę nie mogło się to inaczej skończyć, przecież to było oczywiste, wyobrażanie sobie innego scenariusza było... niepoważne. Sam nie wiedział, co go wiodło do zaufania temu, skoro zupełnie nie próbował się powstrzymywać.
- Kiepsko nam te rozmowy wychodzą. - Zażartował lekko, spoglądając na swoje odbicie w lustrze, kiedy poprawiał krawat. Zerknął na odbicie Philipa. - Dobrze widzieć, że poprawił ci się humor. - Uśmiechnął się, poprawiając wysuszone magią włosy i obrócił w kierunku blondyna. - Dziękuję za gościnę.