To, co robił, nosiło znamiona błędu. Tak zawsze kończyło się postępowanie wbrew zdrowemu rozsądkowi i uleganie wszystkim swoim słabościom. Jego silna wola została wystawiona na próbę, której nie miał możliwości zdać. Wykrzesana z siebie przyzwoitość rozmywała się w tle. Istniało tak wiele powodów, dla których w tym momencie się uśmiechnął. Powierzchownych i tych znajdujących się znacznie głębiej, postrzeganych przez niego jako bardziej istotne. Nie zmieniało się to, że chciał czegoś więcej. Chciał stworzyć coś nowego.
Zadając to pytanie kierował się w swoim odczuciu obopólną zgodą, jednak zaproszenie na śniadanie nie miało z tym żadnego związku. Zapraszając go na śniadanie nie planował tego, że wylądują łóżku. Gdyby o to chodziło to zaprosiłby go w bardziej bezpośredni sposób. Zmiany, które w nim zaszły, nie uczyniły go w pełni powściągliwym. Przyciągnięty bliżej przez Laurenta, poddał się temu wszystkiemu, nie odrzucając tego, co zaoferował mu teraz Laurent. Towarzyszyło temu jego własne zniecierpliwienie, powiązane z jego wszystkimi pragnieniami i potrzebami.
Otrzeźwienie przyszło nad wyraz szybko. Laurent nie chciał wchodzić do jego sypialni, nie chciał nawet zostawać na resztę dnia ani nawet na noc. Poszedł pod prysznic, po którym zaczął się ubierać. Po wzięciu przez siebie prysznica Philip jedynie owinął swoje biodra ręcznikiem. Będąc w swoim domu nie musiał się od razu ubierać. Przeczesał palcami mokre, rozczochrane włosy. Stan, w którym się znalazł, został pogłębiony przez mało śmieszny żart ze strony Laurenta. Pozwolił sobie jedynie na gorzki uśmiech. Tak nie wyglądał ktoś, komu poprawił się humor. Tak wyglądał ktoś, komu udzielił się prawdziwie wisielczy nastrój.
— Czasami mógłbyś się zamknąć. — Parsknął niezadowolony. Przed podjęciem kolejnej niewłaściwej decyzji w swoim życiu jego zdaniem ta rozmowa wyszła całkiem dobrze. Zabrakło zdrowego rozsądku, tak potrzebnego z jego strony i przez to się sparzył, ulegając swoim słabościom. Laurent zdawał się to wykorzystywać.
— O to w tym wszystkim chodziło? O poprawienie mi nastroju? Jak szlachetnie z Twojej strony, prawie jak pieprzenie z litości. Nie prosiłem o to. — Zapytał wprost, w tym samym tonie. Niezadowolonym, balansującym na granicy narastającej złości. Stojąc przed dużym łazienkowym lustrem, zapewniającym widok na większość tego pomieszczenia, zacisnął dłonie na brzegach umywalki. Niewątpliwie powinien ugryźć się w język i nie pozwolić na to aby te myśli opuściły jego głowę. Było to oczywiste, że kłamstwo wisiało w powietrzu i nie powinien był się na to nabrać. On zmieniał się na lepsze, jednak jego życie zdecydowanie zmieniło się na gorsze i to pod każdym względem.
— Wiesz, gdzie są drzwi. — Skwitował jedynie to dziękuję za gościnę. Zabrzmiało to tak jakby go wyrzucał. Czy tak było naprawdę? Zależy jak na to spojrzeć.