02.10.2023, 19:38 ✶
Nic się nie rozjaśniało, wręcz przeciwnie - stężenie dziwności jedynie wzrastało. Dotknęła dłonią skroni, jakby to magicznie miało sprawić, że świat przestanie się kręcić, że nos przestanie wysyłać sygnały o zapachach, których nie miało prawa tu być. I jeszcze...
... co?
Łódź, ludzie (kiedy z nimi niby płynęła i dlaczego nie widziała w tym przebłysku matki ani siostry?), szum... kroki. Już za późno, żeby zniknąć niepostrzeżoną, ale z drugiej strony...?
Obróciła się, gotowa tłumaczyć się bardzo, bardzo gęsto i wyjaśniać, że przecież trzeba-coś-zrobić-nie-można-tak-Marianne-zostawić (o ile jeszcze dało się cokolwiek zrobić; wszak nie podeszła do łóżka i nie zyskała całkowitej pewności odnośnie tego, iż nadal - jeszcze - miały do czynienia z żywą osobą, której zaraz przyjdzie wyzionąć ducha), ale... zamarła, nie dowierzając zrazu własnym oczom i uszom.
Wiedziała.
Ta kobieta - wiedziała.
I jak na matkę, która właśnie traciła swoje dziecko, zdawała się być spokojna, o wiele za spokojna (jakby w ogóle nie miała serca bądź ją to nie obchodziło…?), i, i... energia. Znowu to słowo. Zapomniałaś o mamie - to bardzo nie brzmiało jak zaproszenie na herbatkę i ciasteczko, bardziej jak... zagrożenie. Jako zagrożenie odebrała również dłoń sięgającą do kieszeni po różdżkę - czymkolwiek był ten przedmiot. Czymkolwiek był - skądś wiedziała (skąd? W zasadzie chyba nieważne, grunt, że w ogóle zdawała sobie z tego sprawę), że nie będzie się wiązało z tym nic przyjemnego. Bo inaczej po co kobieta miałaby ją wyciągać? Wysoce wątpiła, że chodziło o coś przyjaznego. Na przyjaźń średnio było miejsce, gdy stało się – nie dosłownie w tym momencie, ale było dość blisko dosłowności – nad ciałem własnej córki. Umierającej bądź już całkiem martwej.
Zareagowała.
Nie myślała, nie zastanawiała się, po prostu rzuciła się w stronę Fawley, żeby spróbować zbić ją z nóg własnym ciężarem, wytrącić różdżkę bądź nawet całkiem unieruchomić jej dłoń. Wszystko, dosłownie wszystko (nawet użycie zębów wchodziło w grę) byleby tylko nie pozwolić jej dobyć różdżki, machnąć nią i... i...
... cokolwiek miałoby się wtedy stać.
W miłości i na wojnie ponoć nie było żadnych reguł – a nawet jeśli, to w tym momencie zdecydowanie nie planowała do jakichkolwiek się stosować.
... co?
Łódź, ludzie (kiedy z nimi niby płynęła i dlaczego nie widziała w tym przebłysku matki ani siostry?), szum... kroki. Już za późno, żeby zniknąć niepostrzeżoną, ale z drugiej strony...?
Obróciła się, gotowa tłumaczyć się bardzo, bardzo gęsto i wyjaśniać, że przecież trzeba-coś-zrobić-nie-można-tak-Marianne-zostawić (o ile jeszcze dało się cokolwiek zrobić; wszak nie podeszła do łóżka i nie zyskała całkowitej pewności odnośnie tego, iż nadal - jeszcze - miały do czynienia z żywą osobą, której zaraz przyjdzie wyzionąć ducha), ale... zamarła, nie dowierzając zrazu własnym oczom i uszom.
Wiedziała.
Ta kobieta - wiedziała.
I jak na matkę, która właśnie traciła swoje dziecko, zdawała się być spokojna, o wiele za spokojna (jakby w ogóle nie miała serca bądź ją to nie obchodziło…?), i, i... energia. Znowu to słowo. Zapomniałaś o mamie - to bardzo nie brzmiało jak zaproszenie na herbatkę i ciasteczko, bardziej jak... zagrożenie. Jako zagrożenie odebrała również dłoń sięgającą do kieszeni po różdżkę - czymkolwiek był ten przedmiot. Czymkolwiek był - skądś wiedziała (skąd? W zasadzie chyba nieważne, grunt, że w ogóle zdawała sobie z tego sprawę), że nie będzie się wiązało z tym nic przyjemnego. Bo inaczej po co kobieta miałaby ją wyciągać? Wysoce wątpiła, że chodziło o coś przyjaznego. Na przyjaźń średnio było miejsce, gdy stało się – nie dosłownie w tym momencie, ale było dość blisko dosłowności – nad ciałem własnej córki. Umierającej bądź już całkiem martwej.
Zareagowała.
Nie myślała, nie zastanawiała się, po prostu rzuciła się w stronę Fawley, żeby spróbować zbić ją z nóg własnym ciężarem, wytrącić różdżkę bądź nawet całkiem unieruchomić jej dłoń. Wszystko, dosłownie wszystko (nawet użycie zębów wchodziło w grę) byleby tylko nie pozwolić jej dobyć różdżki, machnąć nią i... i...
... cokolwiek miałoby się wtedy stać.
W miłości i na wojnie ponoć nie było żadnych reguł – a nawet jeśli, to w tym momencie zdecydowanie nie planowała do jakichkolwiek się stosować.