02.10.2023, 21:53 ✶
Uniosła brew, spoglądając wyczekująco w stronę Brenny. Dom. Jakby… to nie tak, że Mavelle nie miała żadnych pomysłów co do tego, na co Brennie potrzebny był dodatkowy kąt, skoro miała do dyspozycji nie tylko Warownię, ale i domek ogrodnika, który właśnie zapewniał potrzebującym odrobinę prywatności.
Tyle że nie wszystko można było – i należało – zamknąć w obrębie posiadłości rodowej. Nie trzymało się wszystkich jaj w jednym koszyku – a gra toczyła się jednak o o wiele wyższą stawkę niż jedynie parę jajek w koszyku. Bo jednak na szali ważyły się życia, wiele różnych żyć. Tak że… może i w Warowni było jednocześnie najbezpieczniej ze względu na liczbę przebywających w niej rezydentów, zwłaszcza tych, którym walka nieobca, to jednocześnie czasem bezpieczniej było schować w mniej oczywistym miejscu.
Wsunęła ręce do kieszeni mugolskich spodni, przystając na krótką chwilę. Aż kusiło, żeby palnąć „przechyl trochę w prawo, nierówno jest”, niemniej…
- Przydałoby się, jeszcze któryś tu wlezie. Wolałabym nie musieć się przekonywać, czy są wybredne czy też nie – mruknęła nieco zgryźliwie. Bo nie, kłębiące się w Kniei widma nie napawały optymizmem, jak i cały szereg innych rzeczy. Tyle że te cholerstwa akurat mieli pod samiuteńkim nosem i, co gorsza, „trochę” najwyraźniej brakowało do rozgryzienia ich zagadki.
A już nawet pomijając to: jak wiele kryło się ich pomiędzy drzewami? Jak wiele czekało na nieostrożnych wędrowców? Nie, nie „nieostrożnych”: najzwyczajniej w świecie głupich, bo ostrzeżenia nie wisiały tu bez powodu i tak jakby… chyba trzeba by było mieszkać pod kamieniem i praktycznie spod niego nie wychodzić, żeby nie orientować się w sytuacji.
Brwi powędrowały jeszcze wyżej, gdy w końcu usłyszała, jaki to domek Longbottom kupiła. Ze wszystkich możliwych domów – właśnie ten. Naprawdę?
- Nawet nie jestem zdziwiona – stwierdziła w końcu, gdy przetrawiła tę rewelację. Brenna… cóż, miała wiele przeróżnych pomysłów, mniej i bardziej szalonych; kupno domu w tym wszystkim nawet nie brzmiało tak szalenie. Tak, znając Brennę całe życie: Mavelle już chyba niewiele mogło zszokować, jeśli chodziło o siostrę – Nie ma co, przerozkoszni ci współlokatorzy. Mam coś upiec na parapetówkę? – pozwoliła sobie na mały żart. Skinęła te zaraz głową, składając milczącą obietnicę. Nic, nikomu, ani słowa, zwłaszcza Elise.
- Powiedzieli ci coś chociaż czy też jak zwykle postanowili się zawinąć do siebie z minami kota, co się opił śmietanki? – spytała jeszcze i… hm. Uniosła dłoń, drugą przykładając do ust w uniwersalnym geście milczenia. Przekrzywiła głowę, nasłuchując. Nie, nic jej się nie wydawało.
- Lepiej sprawdźmy, zanim ktoś tu postanowi złamać zakazy – mruknęła, odruchowo sprawdzając, czy różdżka jest na swoim miejscu. I czy swobodnie może ją wyjąc, bez żadnych trudności. Siłą rzeczy, skierowała się w stronę głosów, oglądając się jeszcze przez ramię, żeby się upewnić, czy Brenna za nią idzie.
Tyle że nie wszystko można było – i należało – zamknąć w obrębie posiadłości rodowej. Nie trzymało się wszystkich jaj w jednym koszyku – a gra toczyła się jednak o o wiele wyższą stawkę niż jedynie parę jajek w koszyku. Bo jednak na szali ważyły się życia, wiele różnych żyć. Tak że… może i w Warowni było jednocześnie najbezpieczniej ze względu na liczbę przebywających w niej rezydentów, zwłaszcza tych, którym walka nieobca, to jednocześnie czasem bezpieczniej było schować w mniej oczywistym miejscu.
Wsunęła ręce do kieszeni mugolskich spodni, przystając na krótką chwilę. Aż kusiło, żeby palnąć „przechyl trochę w prawo, nierówno jest”, niemniej…
- Przydałoby się, jeszcze któryś tu wlezie. Wolałabym nie musieć się przekonywać, czy są wybredne czy też nie – mruknęła nieco zgryźliwie. Bo nie, kłębiące się w Kniei widma nie napawały optymizmem, jak i cały szereg innych rzeczy. Tyle że te cholerstwa akurat mieli pod samiuteńkim nosem i, co gorsza, „trochę” najwyraźniej brakowało do rozgryzienia ich zagadki.
A już nawet pomijając to: jak wiele kryło się ich pomiędzy drzewami? Jak wiele czekało na nieostrożnych wędrowców? Nie, nie „nieostrożnych”: najzwyczajniej w świecie głupich, bo ostrzeżenia nie wisiały tu bez powodu i tak jakby… chyba trzeba by było mieszkać pod kamieniem i praktycznie spod niego nie wychodzić, żeby nie orientować się w sytuacji.
Brwi powędrowały jeszcze wyżej, gdy w końcu usłyszała, jaki to domek Longbottom kupiła. Ze wszystkich możliwych domów – właśnie ten. Naprawdę?
- Nawet nie jestem zdziwiona – stwierdziła w końcu, gdy przetrawiła tę rewelację. Brenna… cóż, miała wiele przeróżnych pomysłów, mniej i bardziej szalonych; kupno domu w tym wszystkim nawet nie brzmiało tak szalenie. Tak, znając Brennę całe życie: Mavelle już chyba niewiele mogło zszokować, jeśli chodziło o siostrę – Nie ma co, przerozkoszni ci współlokatorzy. Mam coś upiec na parapetówkę? – pozwoliła sobie na mały żart. Skinęła te zaraz głową, składając milczącą obietnicę. Nic, nikomu, ani słowa, zwłaszcza Elise.
- Powiedzieli ci coś chociaż czy też jak zwykle postanowili się zawinąć do siebie z minami kota, co się opił śmietanki? – spytała jeszcze i… hm. Uniosła dłoń, drugą przykładając do ust w uniwersalnym geście milczenia. Przekrzywiła głowę, nasłuchując. Nie, nic jej się nie wydawało.
- Lepiej sprawdźmy, zanim ktoś tu postanowi złamać zakazy – mruknęła, odruchowo sprawdzając, czy różdżka jest na swoim miejscu. I czy swobodnie może ją wyjąc, bez żadnych trudności. Siłą rzeczy, skierowała się w stronę głosów, oglądając się jeszcze przez ramię, żeby się upewnić, czy Brenna za nią idzie.