Hjalmar się nie zgadzał, że grzeczność była niepotrzebna. Uważał, że było właśnie na odwrót - bez niej byłoby bardzo źle, jeżeli nie tragicznie, a zresztą ona nic nie kosztowała. Też nie zgadzał się w kwestii odpowiedniego oręża. Bo o ile Dagur czy on sam nie potrzebowali żadnych dodatkowych ostrzy, aby móc się obronić, tak Laurent mógłby jednak mieć na "zaś" (która najlepiej by była aby się w ogóle nie wydarzyła).
Pokiwał głową na zgodę z ojcem. Miecz jednoręczny miał to do siebie, że pasował każdemu i na każdą okazję, a dodatkowo miał niezłą prezencję. Szpady i florety były trochę zbyt fikuśne jak na prawdziwą walkę i najlepiej wypadały w pojedynkach, chociaż też zależało co kto lubił. Dodatkowym problemem dwóch powyższych broni był fakt, że gdyby przeciwnik jakimś cudem miał zbroję płytową, te stawały się prawie bezużyteczne dopóki nie celowało się w łączenia zbroi czy słabsze punkty całej konstrukcji, ot takie zrządzenie losu. Tak jak wszystko, miały też swoje plusy. Dźwięk ciętego powietrza był wspaniały i nie jednej osobie zabierał dech w piersiach.
Przygotowanie projektów i przesłanie ich Prewettowi było jak najbardziej uczciwe i odpowiednie ale to była praktyka stara jak świat. Hjalmar miał takie samo podejście do biznesu jak ojciec z tą różnicą, że aż tak nie nienawidził tych małych pokracznych istot.
- Oczywiście, że tak ojcze. Nie postawimy wyglądu nad użyteczność czy komfort użytkownika - zgodził się z ojcem. Gdyby to miał być miecz stricte na ścianę to mogliby go wykuć w całości ze złota i pododawać czerwonych dodatków do woli ale niestety nie tym razem - Czerwona stal brzmi dobrze. Odpowiednio zahartowana i przygotowana może posłużyć na długie, długie lata. Dodać do tego fakt naostrzenia go jak jakiejś wykałaczki i gotowe. Prawdziwe cacko - uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie jak bez większego trudu ktoś przebija swojego wroga, korzystając z ich dzieła.
To co zaprezentował im Laurent było jak najbardziej godne podziwu ale też wykonalne. Prawdę mówiąc dla chcącego wszystko było wykonalne i nie było rzeczy niemożliwych, zwłaszcza kiedy z każdą kolejną sekundą, Hjalmar się coraz bardziej nakręcał na tej projekt - Będziemy w kontakcie Laurencie. Żegnaj - zapewnił go po raz kolejny. W wyobraźni Nordgersima był już gotowy miecz na którym widniał podpis HNB VI 72, informujący o kowalu, który go wykonał wraz z datą oddania do użytku. O ile on mógł go wykuć, tak kwestia wprowadzenia pieczętowania leżała na barkach Dagura, co automatycznie powodowało, że i on musiał się tam podpisać.
Wziął łyk piwa i spojrzał na ojca - Sądzę, że to będą długie godziny kucia. Kilka razy zapewne będziemy zaczynać od początku, ponieważ nie chcemy wykorzystywać magii do samego faktu wytworzenia miecza... Ale to jest właśnie to na co czekaliśmy od stycznia 1970 roku kiedy tutaj dotarliśmy - pokiwał głową z rozmarzeniem - Na Merlina! To jest właśnie nasza szansa! - wyrzucił z siebie z nieukrywaną radością, niemalże rzucając się na Dagura aby przytulić go na misiaczka z poklepaniem.
- Jutro rano zacznę kreślić jakieś wstępne projekty, nosz czuję jak mi się ręce do roboty trzęsą. Zaraz chyba pójdę tę hałdę węgla poprzerzucać bo mnie z tego szczęścia to rozsadzi - zaśmiał się sam z siebie ale taka była prawda. Hjalmar był najszczęśliwszym człowiekiem w tym momencie i nic nie mogło tego już raczej zepsuć.