— Miałem sporą konkurencję, Alice. — Wzruszył ramionami, ale zaczerwienił się nieco. Bądź co bądź, sam potem wystosował kolejny list do gazety w tej sprawie, chcąc poznać kryteria oceny... Na szczęście, w ostatniej chwili wprowadził do swojej korespondencji lekkie poprawki.
Erik puścił mimo uszy komentarz Brenny. Po ich ostatniej rozmowie na temat jego popularności powoli przestawał wierzyć w jej groźby. W końcu, próbując go pogrążyć w mediach, teraz sama by sobie robiła pod górkę. No, i całej organizacji. A zanim by to zrobiła, to chyba najpierw zjadłaby stary beret po prababci Potter.
— Może pobyt na wsi pozwoli jej się zrelaksować i da ci spokój? — spytał Franka, dalej przyglądając się ropusze.
Nie wydawała się przesadnie groźna... Z drugiej strony, to samo można było powiedzieć o Eriku. A jak zaczynał wywijać szabelką, to wazy same spadały z półek, co by przyspieszyć nieuniknione. Obyś była grzeczna, dopóki nie wrócimy do domu, pomyślał, wsadzając sobie ropuchę pod pachę, jednak dalej częściowo podtrzymując ją dłonią.
— Adoratorzy dobijają się drzwiami i oknami. Od rana do wieczora — mruknął przyciszonym głosem, zasłaniając usta dłonią, co by ukryć swój uśmiech. — Na szczęście Brenna zna istne setki sposobów na to, aby ich spławić. — Mrugnął do siostry porozumiewawczo. Wolał nie przesadzić. Ona n a p r a w d ę nie lubiła, gdy wtrącał się w ten aspekt jej życia. Chyba jeszcze bardziej niż Nora. — Wiecie, jak to jest... Musi się wyszaleć. Najpierw kariera, potem wychowanie stada psów, doprowadzenie brata do porządku... Dopiero wtedy można zacząć myśleć o jakimś „kolejnym etapie”.
Albo to z radości, że do domu wraca jedyny Longbottom, który nie przyprawia jej na co dzień o palpitacje serca, skomentował w myślach komentarz Brenny na temat ich domowej skrzatki. Bądź co bądź, nie miała łatwego życia w Warowni. Gdyby trafiła do innej rodziny czystej krwi, zapewne wszystko robiłaby sama, ale domownicy rezydencji mieli w zwyczaju ją wyręczać w jej obowiązkach domowych – a to samo w sobie pewnie doprowadzało ją do pasji.
Dodać do tego jeszcze fakt, że traktowali ją poniekąd jak członka rodziny – co wiązało się z dzieleniem się swoimi zmartwieniami – musiała słyszeć doprawdy okropne opowieści, od Erika narzekającego na zbyt dużą ilość raportów, przez Brennę opowiadającą o kolejnej misji Brygady Uderzeniowej, a kończąc na smutkach starszego pokolenia Longbottomów. Zdecydowanie przydałby się jej karnet do terapeuty, gdyby presja okazała się w końcu zbyt duża.
— Tak chyba będzie najszybciej — potwierdził Erik. — Możemy też spróbować jakiejś alternatywy. Od maja chyba wzrosła konkurencja dla Błędnego. — Uśmiechnął się kwaśno. Okoliczności tego boomu na publiczne środki transportu Londyn-Dolina Godryka nie należały do najprzyjemniejszych, jednak nie dało się ukryć, że komunikacja między tymi dwoma punktami nieco się poprawiła. — Chyba, że potrzebujecie jeszcze czegoś z Pokątnej?
Zerknął pytająco na Alice i Franka. Chociaż przed odjazdem pewnie mieli szansę zahaczyć o Hogsmeade, tak kto wie, czy nie chcieli się w coś zaopatrzyć w stolicy?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞