Regularnie gubił się w tym, jak może być w porządku, kiedy czyjeś złości czy smutki nie miały niczego wspólnego z tym, czego się chciało. Z tym, czego doświadczało i co chciało się dostać i co chciało brać. Zapominał o tym, że przecież chyba na tym polegały relacje - nie wszystko musi ci się zawsze podobać, przyjmowałeś to na swoje plecy i klatkę piersiową, zaczynałeś nieść ten ciężar, ponieważ to wszystko nie składało się tylko z chwil dobrych. Nie powinno się też składać z takich ran przecierających szponami serca. A jednak potrafił to wszystko zaakceptować przy niektórych osobach. Tutaj było jednak inaczej. Tyle lat... tyle długich lat i długich nocy. Tyle przyzwyczajeń i nastawienia, że przecież o to chodzi - wyjść naprzeciwko oczekiwaniom, bo jeśli druga strona będzie zadowolona to nie wiesz, czy będzie do czegokolwiek wracać. To było toksyczne z samego założenia, to poszukiwanie Nieba, które Laurent chciał pokazywać i sam chciał go przez to doświadczać. Ciężko mówić o przejściu do codzienności przy tak wielu nawarstwiających się problemach.
Uniósł te dłonie, którym się przyglądał, żeby teraz przysłonić nimi swoją rzeczywistość na kilka chwil. Wsunął palce w platynowe włosy i przesunął nimi w górę, burząc włosy, które doprowadził do zgrabnego, zadowalającego go ładu. Jasne kosmyki opadały bezwiednie na jego czoło i wokół twarzy, gdy dłonie przeszły całą drogę, a Laurent spuścił z siebie powietrze. Już żałował, że powiedział tych kilka słów. Może przyjdzie mu żałować kolejnych? Albo dobrze, że je wypowiedział? Skoro nie było lepszych? Skoro naprawdę nie wiedział i nie rozumiał, co się dzieje? Podparł się znowu jedną dłonią o umywalkę na moment, by drugą oprzeć na poziomie swojej klatki piersiowej, czując to nieprzyjemne i specyficzne uczucie, które informowało go bardzo dobrze, że jego ciało nie radzi sobie z kolejną dawką stresu i nerwów. Odsunął się od mebla i nie patrząc na Philipa wyszedł z łazienki, żeby wyjść do większej przestrzeni - salonu. Potrzebował... chwili. Długiej chwili, żeby spróbować poukładać sobie to wszystko w głowie. Najlepiej chwili, która trwałaby jakąś... wieczność. Tak, sto lat na przemyślenie brzmiało jak odpowiedni wycinek czasu. Cisza z jego strony się przeciągała, kiedy teraz oparcie znalazł w parapecie okna, pochylając się nad nim, z twarzą zwróconą do okna, pięścią uderzając się kilka razy w klatkę piersiową. Nie chciał tego przeżywać i Philip też tego nie chciał. Więc czemu... to się w ogóle działo? Złapał nierówny oddech i odwrócił się przodem do Philipa, by w końcu na niego spojrzeć. Gdzie teraz była ta złość? Gniew nigdy nie był dobrym doradcą. Przynosił na język rzeczy niechciane, które za szybko opuszczały usta przed weryfikacją.
- Ale dla mnie ma znaczenie. - Wskazał dłonią na siebie. Może dla Philipa to nie miało znaczenia, że był... niezadowolony, ale to nie było takie zero jedynkowe. - Podobało mi się, tak jak zawsze mi się podobały chwile spędzone z tobą jak wtedy, kiedy chociażby pojechaliśmy do Tajwanu. Podobało mi się to wszystko. Podobąło mi się, jak na mnie patrzysz i że czułem się... czułem się przy tobie taki wartościowy. - Nie potrafił już powstrzymać łez, chociaż bardzo się starał z tym walczyć. Głos zaczął mu się łamać. - Ja się naprawdę bardzo staram. Co jest z wami wszystkimi nie tak... Co ja ci zrobiłem, że musiałeś to tak podsumować? Przyszedłeś do mnie po tym rytuale i... użyłeś mnie, żeby poprawić sobie humor... - Nie przestał nagle cenić Philipa, nie przestał czuć do niego tej słabości, ale to było przekroczeniem granicy, za którą nie było już dobrze i bezpiecznie. Było nadepnięciem na jego najgorszy strach, jego największą bolączkę. Odetchnął nierównomiernie i otarł łzy, zatrzymując je w swoim rozedrganiu. Milknąc na parę sekund, żeby uspokoić głos. Dalej kontynuował już ciszej i jakby spokojniej. Ale to był spokój podobny do szklanego witrażu - zbyt łatwy do rozbicia. Fantomowy. - Wiem, czego chcesz, powiedziałeś to wyraźnie. I teraz chcesz mi powiedzieć, że seks nie był ci w głowie? A może chcesz powiedzieć, że chcesz jeść ze mną śniadania i kochać się z paroma innymi kochankami na boku? - Nie mówił tego ze złością czy wyrzutem, ta już z niego wypłynęła. Mówił to prawie jak modlitwę - bardzo smutną modlitwę. - Nie możesz mi tego robić, Philipie. Nie możesz na mnie sprawdzać, czy coś pójdzie po twojej albo nie po twojej myśli i wylewać na mnie tą złość... ja... ja na to nie zasłużyłem... - Sięgnął trochę panicznie do kieszeni marynarki, przysiadając na oparciu sofy, żeby wyciągnąć stamtąd swoje najlepsze lekarstwo, jakie ostatnio trzymało go na nogach. Czekoladę. Kawałek czekolady. Zamknął oczy i od razu przetarł łzę, która znowu pojawiła się na jego policzku.