03.10.2023, 12:30 ✶
30 lipca 1972
Sala balowa
Loretta Lestrange i Bellamy Dupont
Lato było wspaniałą porą roku. Bellamy zdecydowanie czuł się wtedy najlepiej. Być może wydłużające się dni tak na niego wpływały. Francuz czuł nagły przypływ energii, że dosłownie chciało mu się robić rzeczy, które odkładałby na inny czas, jeśli pora roku byłaby inna. Lato kojarzyło mu się również z odwiedzinami w rodzinnym dworku. Co prawda wizyty w domu zawsze były dla niego pewnego rodzaju smutnym przeżyciem, bo wydawało mu się, że rozdrapuje jakąś ranę. Jednakże widok lawendowych pól, które otaczały całą okolicę dworku, powodował, że było warto się tam znaleźć. Niestety do wyjazdu zostało mu jeszcze trochę czasu, więc swoją energię musiał spożytkować w inny sposób. Lubił pracę w sklepie swojej babci. Mógł zajmować się roślinami, wytwarzać eliksiry i różnego rodzaju mazidła, co go uspokajało i skutecznie zajmowało.
Na całe szczęście lokalna społeczność w Londynie nie nudziła się. Co jakiś czas organizowane były różne przyjęcia i bale, jedne bardziej, inne mniej ekskluzywne. Bellamy nie należał do osób, które specjalnie lubiły przebywać z obcymi ludźmi, czy też ogólnie z ludźmi. Nie czuł się przy nich komfortowo, co oczywiście nie powinno nikogo dziwić, biorąc pod uwagę to, jak był wychowywany i co przeżył. Ostatnio jednak czuł, że kontrolowanie siebie przychodzi mu znacznie łatwiej. Miał niewiele epizodów z utratą kontroli, a nawet, gdy te się pojawiały, to nie działo się nic szczególnego. A przynajmniej taką miał nadzieję. Z Isabellą nigdy nie było wiadomo, co może się wydarzyć. Była nieprzewidywalna i właśnie dlatego Bell musiał się izolować. Wychodzenie do ludzi nie było trudne. Bellamy musiał się jednak pilnować, żeby nie zapomnieć się, dlatego też musiał się kontrolować.
Na organizowany tego dnia bal udał się ze swoją babką, która została zaproszona przez przyjaciela rodziny. Ubrany w ciemny garnitur, skutecznie wtapiał się w zebrany tłum, który zlewał się w jedną czarną masę. Widok ten był przytłaczający i przyprawiał o zawroty głowy. Stojąc na samym szczycie schodów, tuż przed zejściem w dół, miało się wrażenie, że spogląda się na chmarę tłoczących się szczurów, które zaczynały przybierać ludzkich rysów dopiero wtedy, gdy schodziło się w dół. Jakby każdy kolejny stopień ściągał kotarę zezwierzęcenia i odkrywał człowieczeństwo.
Uśmiechnął się lekko, bo tak nakazywała kurtuazja, do mężczyzny, który ich tutaj zaprosił. Wymienił odpowiednie uprzejmości z gośćmi, których znał lepiej oraz przywitał się z tymi, których kojarzył jedynie z widzenia. To jego babka była tutaj ważniejsza, on stanowił jedynie dodatek, który należało zaprosić. I nie miał nikomu tego za złe. Był nieważny i ludzie interesowali się nim jedynie dlatego, że nagle pojawił się w Londynie w wieku piętnastu lat. Wśród przyjaciół babki było to dość interesującym wydarzeniem, jednak kobieta starannie ucinała wszelkie wątpliwości dotyczące pobytu Bella w tym miejscu.
Szybko się oddalił. Na szczęście znalazł tacę z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Nie miał najmocniejszej głowy, jednak w takich sytuacjach alkohol zawsze dodawał mu odwagi. Wziął jeden z kieliszków i upił niewielki łyk, pozwalając, by gorzki smak alkoholu zalał jego podniebienie. W takim stanie wszedł między ludzi.