Brylowanie na lśniących parkietach, pośród bogato zdobionych istnień ludzkich – tych, które otulały się blichtrem sukien i mościły w zgięciach łabędzich szyj zapachem piżma i wonią kwiatową – daleko od trosk prozy codzienności, która roztaczała nad podszyciem ziemskim brylanty gwiazd, przetykające koc nieprzebrniętej, ciemnej nocy. Była lwicą salonową i choć skrywała zapędy niegodne przykładnej panny, a jej okrucieństwo przypominało piwonie, czuła się iście jak ryba w wodzie; jak róża, która odnalazła swój od dawien skrywany akwen. Lśniące perły zębów – tych, których szereg znaczył się nierównością kłów – układały się w miły dla oka, rozentuzjazmowany uśmiech, a pajączki znaczące zewnętrzne kąciki oczu dopełniały obrazu wyginających się warg.
Wyglądała jak królowa bankietu. Karmazynowa, muślinowa suknia otulała gładko szczupłą talię, wraz z linią bioder rozchodząc się w spienione fale rozkloszowanego materiału; obcasy rozbrzmiewały stukotem w przestrzeni, dodając jej tych centymetrów, których fatum jej poskąpiło; głęboko wycięty dekolt falował w rytm oddechu, a alabastrowa szyja miękła pod ściśle przylegającą doń kolią. Nieliczne powiewy wiatru kołysały niesforną grzywką i umykającymi nad ramionami puklami kruczych włosów – nieodzownego elementu, który zaznaczył się rozpoznawalnością na jej połaciach.
Wirowała pośród sylwetek ludzkich, a pantofelki wzbijały w przestrzeń migotliwy kurz; zupełnie jak miałki pyłek charakterystycznie pachnącego pudru, powlekającego oblicza panien oraz zapach ich piżmowych, niewybrednie ciężkich perfum.
Sama Loretta pachniała jak wiosna.
Przywodziła na myśl ulewne deszcze majowe, które kroplami niebytu skrzyły się na płatkach bzu; początek wędrówki i jej koniec zarazem, gałązkę magnolii odpiłowaną gdzieś za rogiem przy skwerze.
Kurtuazja, której wprawdzie nigdy nie miała dosyć, zaczęła wyjątkowo ją nużyć, nie przywykła jednak do nieeleganckiego podpierania zdobionych ścian. Usunęła się jednak na moment, chwytając z wirującej tacy kieliszek szampana. Prędko umoczyła w nim usta, barwiąc szklaną powierzchnię czerwienią odciśniętych warg, rozglądając się przy tym ciekawsko po wnętrzu.
Diabelski uśmiech prędko rozgościł się na jej ustach.
– Bel-la-my! – rzuciła staccato, urwanymi sylabami. Zbliżyła się do niego niepoprawnie blisko, łokieć delikatnie wbijając mu gdzieś między żebra.
– Co u ciebie? Pytać mogę z trzech przyczyn, więc skup się – rzekła, mrużąc oczy i pochylając się ku niemu konspiracyjnie. – Z grzeczności, powinności lub ciekawości. Umiesz stwierdzić, co mną kieruje? Zawsze byłeś bystry, a na pewno bystrzejszy niż ja. – Zakołysała nieznacznie głową, wprawiając kosmyki otulające akwarelą oblicze w drobny ruch.
Odłożywszy uprzednio opróżniony kieliszek, chwyciła po kolejny, duszkiem pochłaniając jego zawartość. Liczyła na emocje; na cokolwiek, co nakarmi wygłodniałą bestię kryjącą się w klatce żeber; nawet jeśli byłyby one niepoprawne.