Umówiony z Guinevere czekał pod wskazaną siecią fiuu, żeby potem na piechotę dotrzeć pod Knieję Godryka. Późna pora sprzyjała narastającemu klimatowi, szczególnie kiedy mężczyzna spoglądał na eksplorowany przez tak wielu czarodziei las. To było teraz naprawdę mroczne miejsce, obok którego rozgrywać się miała całkowita sielanka. Odebrał z rąk Ginny to, co niosła, bo przecież zupełnie nie wypadało kobiecie targać czegokolwiek, kiedy miała obok siebie dżentelmena.
Po drodze na miejsce opowiedział kobiecie o Widmach. O przerażających stworzeniach, które teraz nawiedzały to miejsce, bo czy można mówić o "życiu" w nich? One z życiem niewiele raczej miały wspólnego. O tym, jak ważne było, żeby sobie z nimi poradzić, żeby zrobić coś więcej niż postawić znak ostrzegawczy o zbliżaniu się do tego miejsca. Niekoniecznie wymieniał przy tym imiona i nazwiska, ale ogólnie usłyszała o wspólnych staraniach w próbach ustalenia, cóż to były za stworzenia. Bo skala ich niebezpieczeństwa była aż nader oczywista.
Widok był... rzeczywiście nieziemski. Laurent aż przystanął, spoglądając z zachwytem na niebo, gdzie gościła dwójka bohaterów, która w każdej opowieści przedstawiana była jako ta niemogąca się dogonić. Rozerwani kochankowie, którzy nie mogli spleść ze sobą swoich dłoni. Piękne. I przerażające. Bo jakby to powiedział jego najlepszy przyjaciel - to nie było naturalne. Zabawne, że te słowa płynęły z pyska magicznego stworzenia, jakim był abraksan - o naturalności albo jej braku. Zaraz spojrzał na Ginny, uśmiechnął do niej i poszli dalej - ku stołom, mugolom i zebranym tutaj znajomym twarzom.
- Dobry wieczór. - Przywitał się z towarzystwem, prowadząc pod rękę Ginny i dopiero już na miejscu cofając swoją rękę, żeby oddać jej przestrzeń i żeby też samemu się przywitać - przytulić Norę i Brennę, uścisnąć dłoń Hjalmara (z nadzieją, że ta jego nie zostanie połamana) i Erika. - Cieszę się, widząc was tutaj. Miło również poznać, panie Longbottom, dotychczas miałem okazję co najwyżej podziwiać pana klasę z daleka lub czytać wywiady. - Uśmiechnął się w stronę jedynej jak na razie zupełnie nieznanej mu osoby. A przynajmniej nieznanej bezpośrednio. - Przedstawiam Guinevere McGonagall, która od niedawna mieszka w Anglii. Przybyła do nas z Egiptu. - Od razu podłożył jakąś małą podstawkę ewentualnych rozmów i zainteresowania, żeby ułatwić kobiecie wejście w towarzystwo, którego nie znała. Obiecał jej w końcu, że ją zapozna z towarzystwem i słowa swojego zamierzać dotrzymał. Całkiem szczęśliwie dobrze trafili. Laurent zupełnie nie był pewien, kogo będzie można tutaj wyłowić spojrzeniem. - Poznaj proszę Norę, Brennę, Hjalmara oraz rosnącą nam sławę - Erika Longbottoma. - O Eriku w końcu było coraz głośniej, więc śmiało można było powiedzieć, że stawał się bardzo medialny. Nie wyglądało to jak sława zaniedbana i niepielęgnowana do tego, żeby rosła. Przynajmniej Laurentowi się tak wydawało i tak zakładał. Ale kto wie? Na tym świecie działo się mnóstwo dziwnych rzeczy, tak i dziwne zbiegi okoliczności potrafiły przyczepić się do człowieka. Czasem posiadana sława wcale nie była chciana.
Laurent położył na stół przygotowany przez Migotka pudding cytrynowy. Oczywiście, że przez Migotka - Laurent kompletnie nie potrafił gotować.
Jedzonko