03.10.2023, 15:23 ✶
Należało przyznać, że chociaż zima była przygnębiająca, to posiadała swój skryty urok, który należało tylko docenić. We Francji można było doświadczyć prawdziwej zimy. Śnieg zalegał potężnymi zaspami na chodnikach i ulicach, które co chwila należało odśnieżać. Wokół dworku roślinność również okryła się białym puchem, a śnieg pokrywał nawet gałęzie drzew, czekając tylko na to, aż ktoś znajdzie się pod nimi, by zasypać nieszczęśnikowi głowę. Bellamy padł ofiarą tego występku już kilkukrotnie i należało przyznać, że nie było gorszego od śniegu, który wpadał prosto za kołnierz. Młody Francuz dostał już swoją nauczkę kilkukrotnie i nauczył się w końcu, żeby szczelniej owijać się szalikiem.
Szklarnia stanowiła idealne miejsce do delektowania się zimą. Była przytulniejsza od zimnego, drewnianego dworku, chociaż brakowało w niej jakichkolwiek wygód. Wewnątrz, poza licznymi okazami roślin, znajdował się jedynie stolik i dwa krzesła, na których Bell siadał z matką. Oboje uwielbiali rośliny w takim samym stopniu i właśnie tutaj rozmawiali ze sobą najdłużej, kiedy nie musieli oddawać się domowym obowiązkom. Szklarnia stanowiła więc prawdziwy azyl. Ich prywatna oaza spokoju, gdyż nikt inny tutaj nie zaglądał.
Aż do dzisiejszego wieczoru, kiedy to w szklarni pojawił się intruz. Bell nie traktował gościa jak osoby, której nie chciał tu widzieć. Nie był jednak przyzwyczajony do czyjejkolwiek obecności w tym miejscu, więc widok Laurenta był prawdziwym naruszeniem i Dupont potrzebował chwili, żeby ocknąć się z tego.
Laurent Prewett – wielokrotnie słyszał to imię. Obijało mu się o uszy, gdy jego ojciec wypowiadał to nazwisko. Mężczyźnie zależało na tym, by utrzymywać kontakty z ludźmi, którzy w jego oczach coś znaczą, żeby samemu coś znaczyć. Nie było bowiem gorszej rzeczy, niż przestanie być kimś ważnym. Ten strach bawił Bellamy’ego szczególnie, bo on sam nie widział żadnych korzyści w byciu znaczącym i rozpoznawalnym. Nigdy go to nie interesowało.
– Bellamy Dupont – przedstawił się, ściskając delikatnie dłoń Laurenta. Prewett był przystojnym mężczyzną, który idealnie pasował do wnętrza tej szklarni. Widok bardzo przypadł Bellamy’emu do gustu, ale oczywiście nie mógł dać tego po sobie poznać. – To chyba jedyne miejsce, w którym tli się życie tej zimy – odpowiedział, podchodząc do jednej z roślin, która tutaj rosła. Oczywiście znajdowało się tutaj wiele niebezpiecznych roślin, ale wśród nich można było znaleźć też taki, które nie były w stanie zaszkodzić. Jak na przykład róże. Nie były to ulubione rośliny Bella, jednak nie można im było odmówić swoistego uroku. No i ten zapach, który teraz wypełniał to miejsce.
– Tak… nie słyniemy z miłości do mówienia po angielsku – zaśmiał się, bo faktycznie, nie leżało to we francuskiej naturze, by silić się na nauki języków obcych. On sam w domu również rozmawiał po francusku, nawet z matką, która sama pochodziła z Londynu. – Czyżby przyjęcie cię nudziło, że postanowiłeś poszukać rozrywki tutaj? – zapytał z ciekawości. Jego samego atmosfera na przyjęciu zaczęła przytłaczać, nie zdziwiłby się, gdyby na innych działała tak samo.
Szklarnia stanowiła idealne miejsce do delektowania się zimą. Była przytulniejsza od zimnego, drewnianego dworku, chociaż brakowało w niej jakichkolwiek wygód. Wewnątrz, poza licznymi okazami roślin, znajdował się jedynie stolik i dwa krzesła, na których Bell siadał z matką. Oboje uwielbiali rośliny w takim samym stopniu i właśnie tutaj rozmawiali ze sobą najdłużej, kiedy nie musieli oddawać się domowym obowiązkom. Szklarnia stanowiła więc prawdziwy azyl. Ich prywatna oaza spokoju, gdyż nikt inny tutaj nie zaglądał.
Aż do dzisiejszego wieczoru, kiedy to w szklarni pojawił się intruz. Bell nie traktował gościa jak osoby, której nie chciał tu widzieć. Nie był jednak przyzwyczajony do czyjejkolwiek obecności w tym miejscu, więc widok Laurenta był prawdziwym naruszeniem i Dupont potrzebował chwili, żeby ocknąć się z tego.
Laurent Prewett – wielokrotnie słyszał to imię. Obijało mu się o uszy, gdy jego ojciec wypowiadał to nazwisko. Mężczyźnie zależało na tym, by utrzymywać kontakty z ludźmi, którzy w jego oczach coś znaczą, żeby samemu coś znaczyć. Nie było bowiem gorszej rzeczy, niż przestanie być kimś ważnym. Ten strach bawił Bellamy’ego szczególnie, bo on sam nie widział żadnych korzyści w byciu znaczącym i rozpoznawalnym. Nigdy go to nie interesowało.
– Bellamy Dupont – przedstawił się, ściskając delikatnie dłoń Laurenta. Prewett był przystojnym mężczyzną, który idealnie pasował do wnętrza tej szklarni. Widok bardzo przypadł Bellamy’emu do gustu, ale oczywiście nie mógł dać tego po sobie poznać. – To chyba jedyne miejsce, w którym tli się życie tej zimy – odpowiedział, podchodząc do jednej z roślin, która tutaj rosła. Oczywiście znajdowało się tutaj wiele niebezpiecznych roślin, ale wśród nich można było znaleźć też taki, które nie były w stanie zaszkodzić. Jak na przykład róże. Nie były to ulubione rośliny Bella, jednak nie można im było odmówić swoistego uroku. No i ten zapach, który teraz wypełniał to miejsce.
– Tak… nie słyniemy z miłości do mówienia po angielsku – zaśmiał się, bo faktycznie, nie leżało to we francuskiej naturze, by silić się na nauki języków obcych. On sam w domu również rozmawiał po francusku, nawet z matką, która sama pochodziła z Londynu. – Czyżby przyjęcie cię nudziło, że postanowiłeś poszukać rozrywki tutaj? – zapytał z ciekawości. Jego samego atmosfera na przyjęciu zaczęła przytłaczać, nie zdziwiłby się, gdyby na innych działała tak samo.