03.10.2023, 23:28 ✶
To chyba trochę dziwne. Maj zdawał się spływać krwią – najpierw feralne Beltane, dopiero co zginął również i Meadowes, już tylko kwestią czasu było, kiedy będą żegnać kolejnego ze swojego grona. Nie „czy”, ale „kiedy” oraz „kto”. Ale też zamknięcie się w czterech ścianach nie wchodziło najzwyczajniej w świecie w grę. Z wielu względów.
Co nie zmieniało faktu, że na dłuższą metę i tak czuła się dziwnie – choć dla odmiany nie z powodu bycia zimną oraz wszystkiego, co wiązało się z tą zmianą (oraz generalnie było konsekwencją Beltane) – kiedy dołączała do tego ogniska.
Ostatni taki wieczór.
Ostatni – bo od jutra mugole mieli mieć czyszczoną pamięć.
Cóż… co do tego również miała dość ambiwalentne odczucia. Z jednej strony – nie bez powodu istniał rozdział świata magicznego od niemagicznego (choć i tak nie był on aż tak doskonały, skoro światy te przenikały się, co wychodziło choćby w mugolskiej literaturze. Jakoś wątpiła, by powszechnie znane motywy brały się tylko i wyłącznie z ludzkiej wyobraźni i były powielane, bo tak, bo mogli – skądś się to wszystko jednak brało, gdzieś były korzenie tych idei i Mavelle uważała, że biorą się one właśnie ze świata, którego była częścią), z drugiej zaś…
… cóż, z drugiej zaś to było dokładnie to, co hamowało ją przed powiedzeniem „wyczyść mi pamięć”. „Chcę zapomnieć”. Bo to, kim się było, wynikało z sumy doświadczeń -a jeśli nagle usuwało się ich część, niemałą część, to… co wtedy zostawało?
Mimo wszystko, chyba tak jednak będzie po prostu najlepiej. A już na pewno takie podejście ułatwiało, że nie była specjalnie zżyta z mugolami z Doliny; nie, żeby ich całkiem-całkiem ignorowała, nie należała jednak do tych ludzi, co wyżej srają ni dupę mają i tym samym nie bratają się z tymi „gorszego” sortu, ale wciąż – to nie był poziom wspólnego zaplatania sobie warkoczyków oraz wymieniania się plecionkami na znak przyjaźni trwającej do śmierci i dzień dłużej.
- To jest to, co myślę? – mruknęła, stając obok Erika. Poprzynosił butelki, które wyglądały bardzo znajomo. Nie przyglądała się im dobrze, zajmując się rozstawianiem na stole tego, co sama przytargała – owoc dobrych „paru” chwil spędzonych w kuchni.
Doszedłszy do wniosku, że to już wszystko, wyprostowała się, przeciągnęła i… znieruchomiała. Coś było nie tak. Coś było mocno inaczej.
Słońce i księżyc.
Do tej pory tylko o tym słyszała, teraz… teraz to widziała.
I było to jednocześnie piękne, jak i w pewien sposób przerażające. Chociaż strachu akurat nie czuła.
Co nie zmieniało faktu, że na dłuższą metę i tak czuła się dziwnie – choć dla odmiany nie z powodu bycia zimną oraz wszystkiego, co wiązało się z tą zmianą (oraz generalnie było konsekwencją Beltane) – kiedy dołączała do tego ogniska.
Ostatni taki wieczór.
Ostatni – bo od jutra mugole mieli mieć czyszczoną pamięć.
Cóż… co do tego również miała dość ambiwalentne odczucia. Z jednej strony – nie bez powodu istniał rozdział świata magicznego od niemagicznego (choć i tak nie był on aż tak doskonały, skoro światy te przenikały się, co wychodziło choćby w mugolskiej literaturze. Jakoś wątpiła, by powszechnie znane motywy brały się tylko i wyłącznie z ludzkiej wyobraźni i były powielane, bo tak, bo mogli – skądś się to wszystko jednak brało, gdzieś były korzenie tych idei i Mavelle uważała, że biorą się one właśnie ze świata, którego była częścią), z drugiej zaś…
… cóż, z drugiej zaś to było dokładnie to, co hamowało ją przed powiedzeniem „wyczyść mi pamięć”. „Chcę zapomnieć”. Bo to, kim się było, wynikało z sumy doświadczeń -a jeśli nagle usuwało się ich część, niemałą część, to… co wtedy zostawało?
Mimo wszystko, chyba tak jednak będzie po prostu najlepiej. A już na pewno takie podejście ułatwiało, że nie była specjalnie zżyta z mugolami z Doliny; nie, żeby ich całkiem-całkiem ignorowała, nie należała jednak do tych ludzi, co wyżej srają ni dupę mają i tym samym nie bratają się z tymi „gorszego” sortu, ale wciąż – to nie był poziom wspólnego zaplatania sobie warkoczyków oraz wymieniania się plecionkami na znak przyjaźni trwającej do śmierci i dzień dłużej.
- To jest to, co myślę? – mruknęła, stając obok Erika. Poprzynosił butelki, które wyglądały bardzo znajomo. Nie przyglądała się im dobrze, zajmując się rozstawianiem na stole tego, co sama przytargała – owoc dobrych „paru” chwil spędzonych w kuchni.
Doszedłszy do wniosku, że to już wszystko, wyprostowała się, przeciągnęła i… znieruchomiała. Coś było nie tak. Coś było mocno inaczej.
Słońce i księżyc.
Do tej pory tylko o tym słyszała, teraz… teraz to widziała.
I było to jednocześnie piękne, jak i w pewien sposób przerażające. Chociaż strachu akurat nie czuła.
papu