04.10.2023, 07:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2023, 07:47 przez Brenna Longbottom.)
Wiadomość dotarła tuż po zmierzchu i była niepokojąca: Cane, mugolak, nie będący wprawdzie częścią Zakonu, ale już rzemieślnikiem, z którego usług niekiedy korzystali owszem, wpadł w kłopoty. Ktoś obserwował jego dom i najwyraźniej sytuacja wzbudziła w nim sporo lęku - może stało się coś, o czym nie chciał lub nie zdążył wspomnieć - skoro zdecydował się do niego nie wracać, a zamiast tego skryć w pobliskim rezerwacie. Anytalent do translokacji uniemożliwiał mu teleportację, wolał więc poczekać aż ktoś się po niego zgłosi.
Ta informacja była na tyle poważna, aby Brenna, wracająca właśnie z pracy, na progu domu rodzinnego zrobiła natychmiastowy w tył zwrot, powiedziała do skrzatki, że gdyby ktoś jej szukał, odwiedza New Forest, rzuciła na siebie kameleona i teleportowała się przez pół kraju. Nie dość jednak, aby od razu stawiała na nogi pół Zakonu, podnosząc wielki alarm, ściągając ich z pracy i robiąc wielkie zamieszanie w New Forest. Ona sama mogła w bardzo prosty sposób pozostać niezauważona, większa grupa pojawiająca się po zmroku już sprowokowałaby pytania. Ostatecznie, skoro Cane nie był pewny, czy na pewno grozi mu niebezpieczeństwo i postanowił ukryć się w pobliskim lesie, raczej powinno obejść się bez walki.
Tym razem poszła więc sama, nie czekając aż ktoś jeszcze wróci do posiadłości.
Brenna teleportowała się w pobliżu punktu aportacyjnego, gdy niebo już zabarwiło się na granatowo. Przemieniła się niemal natychmiast, nim została przez kogoś dostrzeżona - kameleon miał dać jej tylko te parę sekund na przemianę właśnie.
Gdyby aportowała się poza terenem, nie weszłaby pewnie o tej porze do środka. A aportując się tutaj i ruszając dalej, człowiek mógłby zwrócić uwagę pracowników. Ale wilczyca o ciemnej sierści, biegnąca gdzieś pomiędzy drzewami, w takim rezerwacie nie powinna być niczym nadzwyczajnym. Ciemne umaszczenie, barwą przypominające włosy Brenny, zlewało się z mrokiem, który ogarnął las, a na czterech łapach czarodziejka poruszała się znacznie szybciej niż na dwóch nogach. Nos, teraz czulszy i wyłapujący więcej niż oczy, ostrzegał, których ścieżek nie obierać, gdzie mogą kryć się zwierzęta, które pojawienie się wilka w pobliżu swych legowisk uznają za wezwanie. Węszyła - bo wiadomość trafiła do niej nie bez powodu, w Zakonie najlepszą tropicielką była Mavelle Bones, ale Brenna w wilczej postaci też całkiem nieźle sobie radziła, a znała zapach Cane'a.
Księżyc i gwiazdy od dawna już gościły na niebie, gdy Brenna wreszcie pochwyciła trop.
Zawyła w ciemnościach, dając w ten sposób Canowi znać, że jest w pobliżu i pobiegła za pozostawionym tropem. Szybko, ile sił w wilczych łapach, bo jej nos podpowiadał, że Cane nie był sam: że w pobliżu kręciły się najmniej dwie inne osoby. A gdy zbliżyła się na tyle, by jej uszy też wychwyciły dźwięki... zrozumiała, że tych osób były najmniej trzy i kolejny zapach był znajomy...
Wypadła spomiędzy drzew. W samą porę, by zobaczyć pnącza, które ogrodziły drogę dwóch mężczyzn. I ona, i Laurent, dostrzegli błysk zaklęcia: gdy przeszkoda odgrodziła pierwszego z nich, drugi cisnął czar, a ten rzucił uciekinierem prosto w rośliny.
Rozległ się jego krzyk. Napadnięty wstał i z trudem, zataczając się, spróbował ruszyć na bok, ku drzewom...
A chwilę później dał się słyszeć warkot, kiedy ciemny kształt rzucił się na drugą osobę, w momencie, gdy próbowała cisnąc kolejne zaklęcie...
Pnącza częściowo odgradzały od nich Prewetta, a ciemność też nie ułatwiała dostrzeżenia, co dokładnie się dzieje.
AF
Ta informacja była na tyle poważna, aby Brenna, wracająca właśnie z pracy, na progu domu rodzinnego zrobiła natychmiastowy w tył zwrot, powiedziała do skrzatki, że gdyby ktoś jej szukał, odwiedza New Forest, rzuciła na siebie kameleona i teleportowała się przez pół kraju. Nie dość jednak, aby od razu stawiała na nogi pół Zakonu, podnosząc wielki alarm, ściągając ich z pracy i robiąc wielkie zamieszanie w New Forest. Ona sama mogła w bardzo prosty sposób pozostać niezauważona, większa grupa pojawiająca się po zmroku już sprowokowałaby pytania. Ostatecznie, skoro Cane nie był pewny, czy na pewno grozi mu niebezpieczeństwo i postanowił ukryć się w pobliskim lesie, raczej powinno obejść się bez walki.
Tym razem poszła więc sama, nie czekając aż ktoś jeszcze wróci do posiadłości.
Brenna teleportowała się w pobliżu punktu aportacyjnego, gdy niebo już zabarwiło się na granatowo. Przemieniła się niemal natychmiast, nim została przez kogoś dostrzeżona - kameleon miał dać jej tylko te parę sekund na przemianę właśnie.
Gdyby aportowała się poza terenem, nie weszłaby pewnie o tej porze do środka. A aportując się tutaj i ruszając dalej, człowiek mógłby zwrócić uwagę pracowników. Ale wilczyca o ciemnej sierści, biegnąca gdzieś pomiędzy drzewami, w takim rezerwacie nie powinna być niczym nadzwyczajnym. Ciemne umaszczenie, barwą przypominające włosy Brenny, zlewało się z mrokiem, który ogarnął las, a na czterech łapach czarodziejka poruszała się znacznie szybciej niż na dwóch nogach. Nos, teraz czulszy i wyłapujący więcej niż oczy, ostrzegał, których ścieżek nie obierać, gdzie mogą kryć się zwierzęta, które pojawienie się wilka w pobliżu swych legowisk uznają za wezwanie. Węszyła - bo wiadomość trafiła do niej nie bez powodu, w Zakonie najlepszą tropicielką była Mavelle Bones, ale Brenna w wilczej postaci też całkiem nieźle sobie radziła, a znała zapach Cane'a.
Księżyc i gwiazdy od dawna już gościły na niebie, gdy Brenna wreszcie pochwyciła trop.
Zawyła w ciemnościach, dając w ten sposób Canowi znać, że jest w pobliżu i pobiegła za pozostawionym tropem. Szybko, ile sił w wilczych łapach, bo jej nos podpowiadał, że Cane nie był sam: że w pobliżu kręciły się najmniej dwie inne osoby. A gdy zbliżyła się na tyle, by jej uszy też wychwyciły dźwięki... zrozumiała, że tych osób były najmniej trzy i kolejny zapach był znajomy...
Wypadła spomiędzy drzew. W samą porę, by zobaczyć pnącza, które ogrodziły drogę dwóch mężczyzn. I ona, i Laurent, dostrzegli błysk zaklęcia: gdy przeszkoda odgrodziła pierwszego z nich, drugi cisnął czar, a ten rzucił uciekinierem prosto w rośliny.
Rozległ się jego krzyk. Napadnięty wstał i z trudem, zataczając się, spróbował ruszyć na bok, ku drzewom...
A chwilę później dał się słyszeć warkot, kiedy ciemny kształt rzucił się na drugą osobę, w momencie, gdy próbowała cisnąc kolejne zaklęcie...
Pnącza częściowo odgradzały od nich Prewetta, a ciemność też nie ułatwiała dostrzeżenia, co dokładnie się dzieje.
AF
Rzut Z 1d100 - 39
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut Z 1d100 - 59
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.