Śnieg tworzył niekiedy pościelową atmosferę. Głęboką. Miękką. Zupełnie jakby człowiek mógł położyć się w miejscu, w którym stał, opadłby na coś miękkiego, niebiańskiego i już nie musiał wstawać. Byłoby tak frywolnie lekko... Tak jak świat trwał utulony do snu, tak do piersi Królowej Zimy można było przylgnąć, żeby wymienić jej spokój na swoje ciepło. Oddać cząstkę siebie, żeby w zamian doświadczyć czegoś ezoterycznego. Tak, w zimie można było się zakochać. Zarówno tej za oknem jak i tej, o której opowiadały bajki. Pani bez serca, która porwała Kaia do swojego Lodowego Pałacu, aby tam przekonać go, że i on serca nie potrzebuje. Człowiek mógł osiągnąć wszystko, jeśli tylko nie spoglądał na swoje ograniczenia.
To jednak nie zima ani nawet nie kwiaty mogły stanowić kolejne westchnienia. Nie ulotne piękno natury, kiedy w kroplach porannej rosy filtrowane było światło poranka. To człowiek, który te chwile tworzył i z którego warg westchnienia mogły się wydobywać stawał się czarem, jaki onieśmielał i otumaniał. Stawał się żywą rzeźbą, którą wielbiłby sam Michał Anioł - bo Bellamy przez moment naprawdę wydawał się nierzeczywistą Marą, Widmem, strażnikiem uświęconego przez zimę miejsca, gdzie mimo mrozu kwitło życie. Zwykłemu złodziejowi nie przystoiło wkradać się do tego królestwa, ale Laurent? Był tu niechciany, niemile widziany, czy może stanowił ciekawy dodatek, przecięcie szarości i nudy, która zwisała na kibici niebieskookiego mężczyzny o urodzie Królewny Śnieżki? Fakt był taki, że miejsce zostało naruszone. Przez co (czy przez kogo) odsuwało się na dalszy plan w tych najbardziej magicznych sekundach na świecie, którymi było zetknięcie się z drugim człowiekiem.
- Och... przepraszam najmocniej, wstyd mi teraz za siebie, że tak przystojny członek rodziny Dupont umknął mojej uwadze na samym przyjęciu. - To, że nie mieli okazji jeszcze zostać sobie przedstawionymi było więcej niż pewne, a wśród różnych gości, wokół których trzeba było brylować, pilnować tematów i nadążać za zmiennymi nastrojami wcale nietrudno było się zagubić i... w nieszczęśliwości przypadków kogoś pominąć. Lecz rzeczywiście - kiedy usłyszał to nazwisko to zaskoczył. Pan domu wspominał o kimś, kogo powinien Laurentowi przedstawić, a konkretniej - swojego syna... więc może właśnie miał go przed swoimi oczyma? Czy może to jeden z tych dalszych krewnych? Wnuki, kuzynostwo i tak dalej... linie powiązań na drzewach genealogicznych potrafił być oszałamiające swoją rozciągliwością. Czy na zawstydzonego Laurent zaś wyglądał? Odrobinę zakłopotanego, tak.
Bellamy miał przyjemnie miękką skórę w dotyku. Taką, którą chciało czuć się na swoim ciele, by przykrywała jak najdroższy z jedwabi, którego nie dało się kupić za żadną cenę.
- Życie tli się zawsze, nawet podczas zimy. Ono jedynie zasypia. Czasem wystarczy jednak odgarnąć śnieg w odpowiednim miejscu, żeby zobaczyć przebłysk cudu. - Powiódł wzrokiem za ciemnowłosym, który zatrzymał się w tej zielonej alejce zawładniętej wonią róż. Róże. Pełne majestatu i pożądania rośliny. Symbol kochanków, który uświadamiał, że żaden z nich nie wychodził z różanego ogrodu nie zostawiając tam przynajmniej jednej kropli swojej krwi na kolcach. Zbyt były kuszące. Zbyt piękne, by się oprzeć.
- Setki lat nieporozumień między oboma krajami napoiły ludzi pewną wzajemną niechęcią co najmniej do tych języków. - To było więcej niż zrozumiałe. To tak samo jak anglik nie był tak skłonny do nauki francuskiego, przynajmniej z jego punktu widzenia. Bo "po co, skoro znam angielski". Francuz powiedziałby: "no po co, skoro znam francuski?". Oba języki były popularne i bardzo światowe. Laurent tego nie pochwalał, choć sam nie uczył się aktywnie żadnego języka obcego. - Z drugiej strony również nie powiedziałbym, by wielu anglików kochało naukę francuskiego. - Uśmiechnął się z rozbawieniem, nie miał do tego wielce krytycznego nastawienia, bo cóż zrobić? Taka mentalność się wykształtowała. - Przy możliwości spędzenia czasu z kimś o tak miłym dla ucha głosie i ostrzegającym mnie przed trującymi roślinami każde przyjęcie wydawać by się mogło nudne. - Mógłby zapytać o to samo - cóż jeden z gospodarzy robił poza głównym wydarzeniem? - W żadnym wypadku to nie nuda, bawię się wyśmienicie. Jedynie delikatne zmęczenie i konieczność odświeżenia głowy... - zrobił drobną pauzę - oraz słodka konieczność uciekania przed kolejnymi toastami, jakie aktualnie mają miejsce. - Przyznał się z lekkim rozbawieniem.