— Skoro nic na ten temat nie wiesz, to być może nie miała... A przynajmniej nikogo bliskiego, kogo dażyła zaufaniem. W tej sytuacji być może nie poszłaby do przypadkowego współpracownika.
Gio skinął głową i również się zastanowił. Gdyby on był na miejscu Catherine, co by zrobił? Jak tu się ukryć? Deportowałby się jak najdalej — to jasne. W dodatku do miejsca nie mającego nic wspólnego z czarodziejami. Jakiejś małej miejscowości. Niestety nie znali Catherine na tyle, by przewidzieć, gdzie by to mogło być.
A jeśli postanowiła zostać w Londynie? To też mogło jej się udać. Musiałaby wtopić się w tłum mugoli. Ale z początku mogła nie ułożyć żadnego sensownego planu. Chciała nie tyle się ukryć, co uciec. Być może nawet nie myślała wtedy o swojej piżamie.
— Cieżko powiedzieć... Widziałem ją może dwie minuty... Wydaje mi się, że raczej nie chciała wsiąść do żadnego z pociągów... Ale wolę nie powiedzieć za dużo, żeby też nie dawać fałszywych tropów — odpowiedział strapiony Bob.
— Czy pozwolisz mi zajrzeć do swojego umysłu? — Giovanni położył koledze rękę na ramieniu.
— Że co? Co masz na myśli...
— Legilimencja. Zaufaj mi, chcę zajrzeć tylko do tego wspomnienia.
— Oh... Oh!? No d-dobrze... Skoro trzeba...
Gio subtelnie wyjął różdżkę i wniknął w głąb umysłu Boba. Pragnął odnaleźć wspomnienie Catherine, co nie było trudne, jako że od kilku godzin obydwoje tylko o tym myśleli. Urquart chciał zaobserwować lepiej mimikę kobiety i kierunek, w którym chciała się udać. Czy miała w ręce różdżkę? Czy w ogóle widać było, czy miała ją przy sobie? Czy może spoglądała na rozkłady jazdy pociągów?