04.10.2023, 13:24 ✶
Stali w szklarni wspólnie, zamknięci w tej odrobinie wiosny, którą to miejsce zapewniało. I to bez odrobiny magii. Prawdziwe piękno i satysfakcję mogło dać tylko własnoręcznie pielęgnowanie roślin. Bellamy nie wyobrażał sobie, żeby mógł użyć magii do czegoś takiego. Magia oczywiście przydawała mu się do pracy, kiedy musiał zadbać o to, by niektóre rośliny rosły szybciej lub aby przedłużyć ich świeży wygląd. Pracując w swoim ogrodzie, nie chciał chodzić na skróty. Uwielbiał obserwować wzrost roślin i ich rozwój. Często siadał wtedy na ziemi i w swoim szkicowniku, który szybko stawał się zielnikiem, rysował to, co zdołał zobaczyć. Prowadzenie takich obserwacji pomagało mu zrozumieć naturę roślin. Wiedział o nich bardzo dużo, chociaż w większości był samoukiem. Od zawsze żałował, że nie zdecydował się kontynuować nauki, ale wiedział, że tak było łatwiej i bezpieczniej.
– Ojciec mi o tobie wspominał – przyznał, uśmiechając się lekko. Miał również nadzieję, że lekkie rumieńce, które zaróżowiły mu policzki, zostaną uznane za efekt zimna, które panowało na zewnątrz. Niestety rzadko zdarza mu się usłyszeć, że jest przystojny, więc czasami nie potrafił na to odpowiednio zareagować. – Musieliśmy się minąć, kilka razy mignąłeś mi w kącie oka, jednak w środku jest tak dużo ludzi, że nie można normalnie porozmawiać – powiedział. Nie lubił tłumów. Ciężko było mu wtedy skupić się na czymkolwiek. Ta kakofonia głosów, akcentów i śmiechów, przepełnionych fałszywymi grzecznościami rozmów była irytująca. Czasami go to przytłaczało, dlatego często znikał po kilku chwilach, kiedy to już udało mu się dopełnić powierzonych mu obowiązków.
– Powinieneś pisać książki, Laurencie – zaśmiał się melodyjnie, ale słowa mężczyzny mu się spodobały. Nie wiedział tylko, czy były prawdziwe w stosunku do dworku, w którym się znajdowali. – Nie przyszło ci jednak mieszkać tutaj w zimie, inaczej zmieniłbyś zdanie – odparł, obracając w palcach różany kwiat. Lubił róże, chociaż nie były to jego ulubione rośliny. Doceniał w nich to, że aby pięknie zakwitały i wyglądały, to potrzebowały prawdziwej ofiary. Oczywiście to nie była wina kwiatów, że zostały obdarzone tak ostrymi kolcami, jednak każdy ogrodnik musiał liczyć się z tym, że jeśli oczekiwał pięknego, różanego ogrodu, to musiał przelać trochę krwi. Opieka nad nimi stawała się więc prawdziwym poświęceniem, chociaż nie aż tak wymagającym, jak opieka nad zwierzętami.
– Proszę mi wybaczyć, ale wy Anglicy macie mało plastyczne języki i zbyt silną wymowę, by mówić po francusku – powiedział zaczepnie. Być może przemawiała teraz przez niego francuska duma, która nakazywała mu pokazanie wyższości jego ojczystego języka ponad wszystkie inne, niemniej jednak wydawało mu się, że francuski jest trudniejszy do opanowania i rzeczywiście wymagał pewnych umiejętności, których wcale nie było tak łatwo się nauczyć.
– Powiedz, każdego tak czarujesz, czy jestem szczęśliwcem, którego to spotkało? – zapytał, ośmielając się nieco. Zrzucił to na barki wypitego już alkoholu, który powoli zaczął uderzać mu do głowy. Laurent był przystojnym mężczyzną, obdarzonym wyjątkową charyzmą, która przyciągała do niego. Jakby miał doświadczenie w rozmawianiu z ludźmi w taki sposób, że wie się, co rozmówca chce usłyszeć. Bellamy zazdrościł mu tej umiejętności, gdyż sam uważał, że nie potrafi czegoś takiego. Doskonale potrafił ocenić człowieka i jego zamiary, ale nie wiedział, co mówić, żeby się komuś przypodobać. Laurent wyglądał jednak tak niewinnie, jakby sam nie był świadomy swoich umiejętności i używał ich z czysto niewinnymi intencjami.
– Takie przyjęcia po części urządza się dla licznych toastów, rozwiązuje to języki – zaśmiał się. – Nie jesteś fanem alkoholu? – zapytał. On sam również za nim nie przepadał, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby wytrzymać w towarzystwie bez wypicia kieliszka szampana czy też dwóch.
– Ojciec mi o tobie wspominał – przyznał, uśmiechając się lekko. Miał również nadzieję, że lekkie rumieńce, które zaróżowiły mu policzki, zostaną uznane za efekt zimna, które panowało na zewnątrz. Niestety rzadko zdarza mu się usłyszeć, że jest przystojny, więc czasami nie potrafił na to odpowiednio zareagować. – Musieliśmy się minąć, kilka razy mignąłeś mi w kącie oka, jednak w środku jest tak dużo ludzi, że nie można normalnie porozmawiać – powiedział. Nie lubił tłumów. Ciężko było mu wtedy skupić się na czymkolwiek. Ta kakofonia głosów, akcentów i śmiechów, przepełnionych fałszywymi grzecznościami rozmów była irytująca. Czasami go to przytłaczało, dlatego często znikał po kilku chwilach, kiedy to już udało mu się dopełnić powierzonych mu obowiązków.
– Powinieneś pisać książki, Laurencie – zaśmiał się melodyjnie, ale słowa mężczyzny mu się spodobały. Nie wiedział tylko, czy były prawdziwe w stosunku do dworku, w którym się znajdowali. – Nie przyszło ci jednak mieszkać tutaj w zimie, inaczej zmieniłbyś zdanie – odparł, obracając w palcach różany kwiat. Lubił róże, chociaż nie były to jego ulubione rośliny. Doceniał w nich to, że aby pięknie zakwitały i wyglądały, to potrzebowały prawdziwej ofiary. Oczywiście to nie była wina kwiatów, że zostały obdarzone tak ostrymi kolcami, jednak każdy ogrodnik musiał liczyć się z tym, że jeśli oczekiwał pięknego, różanego ogrodu, to musiał przelać trochę krwi. Opieka nad nimi stawała się więc prawdziwym poświęceniem, chociaż nie aż tak wymagającym, jak opieka nad zwierzętami.
– Proszę mi wybaczyć, ale wy Anglicy macie mało plastyczne języki i zbyt silną wymowę, by mówić po francusku – powiedział zaczepnie. Być może przemawiała teraz przez niego francuska duma, która nakazywała mu pokazanie wyższości jego ojczystego języka ponad wszystkie inne, niemniej jednak wydawało mu się, że francuski jest trudniejszy do opanowania i rzeczywiście wymagał pewnych umiejętności, których wcale nie było tak łatwo się nauczyć.
– Powiedz, każdego tak czarujesz, czy jestem szczęśliwcem, którego to spotkało? – zapytał, ośmielając się nieco. Zrzucił to na barki wypitego już alkoholu, który powoli zaczął uderzać mu do głowy. Laurent był przystojnym mężczyzną, obdarzonym wyjątkową charyzmą, która przyciągała do niego. Jakby miał doświadczenie w rozmawianiu z ludźmi w taki sposób, że wie się, co rozmówca chce usłyszeć. Bellamy zazdrościł mu tej umiejętności, gdyż sam uważał, że nie potrafi czegoś takiego. Doskonale potrafił ocenić człowieka i jego zamiary, ale nie wiedział, co mówić, żeby się komuś przypodobać. Laurent wyglądał jednak tak niewinnie, jakby sam nie był świadomy swoich umiejętności i używał ich z czysto niewinnymi intencjami.
– Takie przyjęcia po części urządza się dla licznych toastów, rozwiązuje to języki – zaśmiał się. – Nie jesteś fanem alkoholu? – zapytał. On sam również za nim nie przepadał, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby wytrzymać w towarzystwie bez wypicia kieliszka szampana czy też dwóch.