Rośliny, jakby same chętne do obrony tego miejsca, zaczęły splatać się ze sobą, łączyć i blokować drogę gdziekolwiek dalej. Czy to była akcja wykonana z pomyślunkiem? Tak... jeśli za pomyślunek można uznać parę sekund nerwów wspinających się po ciele w pełnym niezrozumieniu sytuacji i tego, co ma tutaj miejsce. Kim byli ci ludzie? Co tu robili? Co zrobić chcieli? Wymiana zaklęć wydawała się jednostronna, a jednak nie miał odwagi transmutować otoczenia między nimi z prostego powodu - bał się, że ten mężczyzna pobiegnie dalej i zniknie w ciemnościach, a wtedy już niczego - i nikogo - uratować się nie da. Prawidłowość tej decyzji rozbijała się splatającym w supeł wnętrzności echem nocy. Teraz już nie było żadnej ciszy. Wściekłe szczekanie jarczuka, który prężył swoje mięśnie, oddzielając Laurenta od niebezpieczeństwa, szum rosnących i ocierających się o siebie liści, które zaczynały tworzyć wokół nich półkole, szeroko rozrastając się dookoła, żeby na pewno odgrodzić dalszą drogę tej eskapadzie. Wilcze wycie. Wilk? Duma szczeknął przez moment głośniej, jakby w odpowiedzi na ten zew, pierwotny i głęboki. W tym lesie nie było żadnych wilków. Żyły tutaj przeróżne dziwne stworzenia czy bardziej zwyczajne, ale nie wilki!
Laurent się nad tym nie zastanowił, bo decyzja, którą wybrał, spowodowała natychmiastowy impakt w zmianie sytuacji. Zaklęcie strzelił prosto w uciekiniera. Coś w blondynie drgnęło, coś urosło mu w gardle. O nie... Kimkolwiek byli nie powinna dziać się tu krzywda. Co, jeśli ta osoba była niewinna, jeśli coś poważnego by mu się stało? Laurent ruszył w jego kierunku, kolejnymi przeciągnięciami różdżki tworząc z gałęzi niewielkie światełka, lampiony, które miały chociaż trochę pokonać noc, żeby było tu coś widoczne.
- Cane? - Zapytał w szoku, spoglądając na zbolałą, zalaną potem twarz rzemieślnika, który mieszkał w tych okolicach. I już bez zastanowienia podbiegł do mężczyzny, łapiąc go w swoje ramiona, żeby opaść razem z nim na ziemię. Mężczyzna ciężko dyszał, trzymał się kurczowo własnego ciała, ale teraz jedną ręką złapał koszulę Laurenta. Nie przeszkadzało mu to. Przeszkadzało mu za to to, że nieprzyjemny zapach krwi uderzył do jego nozdrzy. Nie widział jej jednak za bardzo, więc może to tylko mała ilość? Albo to mdlący, żelazisty i trupi zapach czarnej magii, który zawirował w powietrzu? - Trzymam cię, Cane, nie pozwolę cię... - skrzywdzić. Chciał to powiedzieć, kiedy jego szeroko otworzone oczy odbiły scenę, gdy na rosłego mężczyznę wpadła ciemna strzała, jakim był... wilk. Najprawdziwszy wilk, który zaczął cielesną szamotaninę z wilkiem. Odskoczył od tego pocisku całkiem sprawnie, by zaraz złapać wilka za jego łapy, kiedy ten na niego skoczył kolejny raz. Przewalony jednak siłą rozpędu wilka upadł na swoje plecy, kopiąc stworzenie w bok i starając się je przewalić na bok.
- Musisz wstać, Cane... wstawaj. Odejdziemy parę kroków... - Trzymając w ramionach Cane podniósł się razem z nim - i tylko z jego pomocą był w stanie, bo jego ramiona nie dźwignęłyby tego mężczyzny na nogi. Odsunął się z nim parę kroków, chcąc znów oddalić się za względnie bezpieczną ścianę. Chociaż trochę.
- Ten mężczyzna... Śmierciożercy*... - Coś w głowie Laurenta przeskoczyło, kiedy padło to hasło. Hasło o jedynych ludziach, wobec których Laurent naprawdę czuł... niechęć, gniew... obrzydzenie? Powoli pomógł mężczyźnie usiąść i podniósł się, wychodząc zza ściany. Feniks zaśpiewał i wzniósł się na swoich skrzydłach ponad głowami zebranych, rozjaśniając przez moment ciemność płomiennymi skrzydłami. Laurent patrzył. Na tę przepychankę, na mężczyznę, który chciał... Boże. On chciał chyba... on chciał...
- Bierz go. - Laurent zacisnął dłoń na swojej opuszczonej teraz różdżce.
Duma, prawie metrowy diabeł wyciągnięty z piekieł, uroczo i doraźnie nazywany psem, wyrwał z miejsca i jako drugie stworzenie wpadł na przewróconego, siłującego się z wilkiem mężczyznę, próbując zacisnąć potężne szczęki na jego ręce.
Rzut na atak Dumy, zakładam, że PO ma spokojnie
Krytyczna porazka
Akcja nieudana
notatka