Nie, nie rozumiał, co się tutaj dzieje i w zasadzie to nawet nie tak, że nie liczył się z tym, że jarczuk może uszkodzić tego... wilka. Nie miał pojęcia, nie rozumiał, nie wiedział. Wiedział tyle, że to było niebezpieczne - z dwóch stron. Ten wilk teraz atakował tego Śmierciożercę, a zaraz mógł się rzucić na ich dwójkę. Laurent chciał stanąć przy boku mężczyzny, spojrzeć na niego dokładniej, ale bał się, że jeśli cokolwiek tam się wydarzy, coś pójdzie nie tak, to będzie mu o wiele trudniej obronić poszkodowanego. Teraz stał pomiędzy nim a potencjalnym zagrożeniem. Śmierciożercą i plątaniną dwóch wielkich kundli. Duma przepchnął wilka i zarył bokiem w ziemię - Laurent nawet nie potrafił powiedzieć, co się dokładnie tam działo. Jego oczy niedostatecznie nadążały za półcieniami, jakie miały tam miejsce. Ruchem różdżki przyciemnił światła wokół nich i skupił się na tym, by rozjaśnić teren nad terenem walki. Tak, że dzięki temu ich dwójka była mniej widoczna, a tamtych mieli w pełni przed sobą na widoku. Drgnął, kiedy zobaczył, jak Duma ląduja na ziemi, ale nic mu się chyba nie stało, bo zaraz zerwał się na równe łapy, kiedy akcja potoczyła się dalej. Przeciwnik złapał za różdżkę i miotnął zaklęciem... ale nie w niego. Nie w Dumę. W wilczycę. I nie było to nawet dziwne - atakował to, co aktualnie miał przed sobą, pod ręką - aaach, co za różnica! Istotne było to, że wilk poleciał i zamienił się w... Brennę.
- Nie ruszaj się, Cane! Możesz być poważnie ranny. - Nie miał pojęcia, jakie zaklęcie go trafiło, ale było wystarczająco silne, żeby mężczyzna miał problem z błędnikiem, z ciałem, żeby drżał i wyglądał tak, jakby zaraz miał stracić przytomność. Chyba rzeczywiście nie miał różdżki. Laurent z powrotem wzniósł swoją różdżkę. Duma podniósł się z ziemi, otrzepał i naprężył mięśnie, gotów skoczyć na mężczyznę, z którego różdżki wystrzeliła magia. Sytuacja dla przeciwnika nie prezentowała się dobrze, ani trochę.
Przejrzyste paski powietrza przecięły ze świstem powietrze, kiedy ostrza stworzone z czystej mocy magicznej poleciały w kierunku Cane'a. Laurent nie cofnął się. Stojąc pomiędzy napastnikiem a celem nie zamierzał się cofać, nawet jeśli te obrażenia miałby przyjąć na siebie. Musiał go ochronić. Świetlista aura stworzyła półkole wokół niego, pochłaniając magiczne uderzenie. Drobinki magicznej energii zajaśniały jak pył, a tarcza jaśniała razem ze zdeterminowanymi oczami Laurenta, który spoglądał zza niej na napastnika.
Duma znów skoczył na mężczyznę, wymuszając na nim zrobienie uniku w bok, ale tym razem wielki basior nie upadł, łapiąc równowagę. Jego wielkie szczęki kłapnęły tylko w powietrzu, a łapska zaryły w ziemi, pozostawiając na niej bruzdy.
Brenna wyszła z... Laurent sam nie wiedział, skąd. Z poplątanym włosem, liśćmi wokół siebie, gniewem płonącym w spojrzeniu. A może to nie gniew? Wydała polecenie, które dotarło do uszu rzemieślnika. Ale co on już robił..? Laurent mimowolnie trochę się obejrzał za siebie, nie mając doświadczenia w pojedynkach. I chociaż może wydawał się pewny tego, co robi, to nie miał zielonego pojęcia. I był absolutnie przerażony. Tylko adrenalina i potrzeba chronienia Cane'a i tego lasu nakazywała mu działać. Rzemieślnik pokiwał głową i rzeczywiście zaczął się dźwigać na nogi, żeby chyba spróbować się stąd wydostać.
Na obronę:
Sukces!
Akcja nieudana
Na Dumę:
Sukces!