04.10.2023, 17:33 ✶
Wygrzebała się z dziury i potem z krzewów bez żadnej gracji, potykając się na nierównym gruncie, brudna, poobijana, rozczochrana, z rozbitą wargą. Brenna prezentowała się w tej chwili raczej żałośnie niż szczególnie wojowniczo. Ale może nie powinna narzekać, bo wciąż żyła i miała swoją różdżkę, a w takich sytuacjach to już był duży sukces. Warga piekła, żebra bolały, ale na razie ten ból był jeszcze przytłumiony przez adrenalinę. Miała go naprawdę odczuć dopiero za jakiś czas. Teraz nie miał żadnego znaczenia – nie, kiedy wszyscy wciąż byli w niebezpieczeństwie.
Zaskoczyło ją, że natychmiast nie pomknęło już ku niej żadne zaklęcie, że nie musiała używać protego. Ale dlaczego, to stało się jasne dość szybko - napastnik obrał za cel kogoś innego. I Brennę przeszedł chłód, gdy dostrzegła, jak ofensywny czar rozbija się o barierę protego, bo… gdyby Prewett nie zdążył… mógłby czekać ich kolejny pogrzeb. Następny z serii. I nie ostatni, bo jakaś część Brenny wiedziała, że tych pogrzebów będzie tylko coraz więcej: że nie było szans, aby zdążyli za każdym razem.
Nie miała szans przyjrzeć się mężczyźnie, których ich atakował. Jego tożsamości wprawdzie nie chroniła charakterystyczna, biała maska, więc nie mieli do czynienia z jednym z najniebezpieczniejszych zwolenników Voldemorta, ale mrok i kaptur naciągnięty głęboko na głowę dość skutecznie utrudniały rozpoznanie. Dostrzegła za to, że Laurent wciąż tu jest, jego jasne włosy były doskonale widoczne nawet w ciemnościach. A to oznaczało, że nawet gdyby Crane zdołał uciec, ona nie mogłaby się nigdzie ruszyć. Chociaż ani trochę nie odpowiadało jej, że Prewett stał się świadkiem tego wszystkiego (nie wspominając już o tym, że w ogóle doszło do tej sytuacji, cholerna jasna, powinna była się pośpieszyć), nie mogła przecież po prostu go zostawić. Nie zastanawiała się też nawet, jak to wyjaśnić. Kiedy Cane usiłował odejść, skryć się między drzewami, nim dosięgnie go kolejny czar, Brenna wyciągnęła różdżkę, tym razem próbując posłać ku napastnikowi swój ulubiony czar: skrępować go magicznymi więzami.
Kształtowanie
Zaskoczyło ją, że natychmiast nie pomknęło już ku niej żadne zaklęcie, że nie musiała używać protego. Ale dlaczego, to stało się jasne dość szybko - napastnik obrał za cel kogoś innego. I Brennę przeszedł chłód, gdy dostrzegła, jak ofensywny czar rozbija się o barierę protego, bo… gdyby Prewett nie zdążył… mógłby czekać ich kolejny pogrzeb. Następny z serii. I nie ostatni, bo jakaś część Brenny wiedziała, że tych pogrzebów będzie tylko coraz więcej: że nie było szans, aby zdążyli za każdym razem.
Nie miała szans przyjrzeć się mężczyźnie, których ich atakował. Jego tożsamości wprawdzie nie chroniła charakterystyczna, biała maska, więc nie mieli do czynienia z jednym z najniebezpieczniejszych zwolenników Voldemorta, ale mrok i kaptur naciągnięty głęboko na głowę dość skutecznie utrudniały rozpoznanie. Dostrzegła za to, że Laurent wciąż tu jest, jego jasne włosy były doskonale widoczne nawet w ciemnościach. A to oznaczało, że nawet gdyby Crane zdołał uciec, ona nie mogłaby się nigdzie ruszyć. Chociaż ani trochę nie odpowiadało jej, że Prewett stał się świadkiem tego wszystkiego (nie wspominając już o tym, że w ogóle doszło do tej sytuacji, cholerna jasna, powinna była się pośpieszyć), nie mogła przecież po prostu go zostawić. Nie zastanawiała się też nawet, jak to wyjaśnić. Kiedy Cane usiłował odejść, skryć się między drzewami, nim dosięgnie go kolejny czar, Brenna wyciągnęła różdżkę, tym razem próbując posłać ku napastnikowi swój ulubiony czar: skrępować go magicznymi więzami.
Kształtowanie
Rzut PO 1d100 - 69
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 51
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.