04.10.2023, 20:09 ✶
Z tej szklarni był najbardziej dumny, bo chociaż nie przyłożył on ręki do jej wybudowania, to wiele z obecnych tutaj roślin istniało tylko i wyłącznie dlatego, że Bellamy i jego matka się o to postarali. Z bólem serca zostawiał to miejsce za każdym razem, gdy musiał wracać do Londynu, jednakże tego dworku już od dłuższego czasu nie traktował jak prawdziwego domu. Londyn był jego domem, jego ciepłą przystanią, w której czuł się prawdziwie komfortowo. Powroty tutaj były bolesne, bo otwierały rany, które potrzebowały sporo czasu, by zabliźnić się na nowo. Nie był pewny, ile razy zdoła jeszcze tutaj przyjechać i wyjechać stąd niezmienionym. Ciężko było przewidzieć, jak obecność tutaj na niego wpłynie, ale wiedział, że każda kolejna wizyta pozostawiała w nim pewną cząsteczkę, zadrę czy też mgłę, która miała za zadanie wypełnić go w całości. Nie chciał utonąć w tym miejscu, bo nie czuł się tu dobrze.
Za szklarnią jednak tęsknił naprawdę. Gdyby mógł, to przeniósłby to miejsce do Londynu lub też teleportował się tutaj zawsze, kiedy tylko naszłaby go ochota. Nie mógł tego jednak robić, gdyż dworek od dawna był zabezpieczony przed możliwością teleportowania się. Nie było to wygodne, ale stanowiło zabezpieczenie przed niechcianymi gośćmi.
– Twierdzisz, że nie masz talentu, ale każde wypowiedziane przez ciebie zdanie temu przeczy – zaśmiał się. Rzeczywiście należało przyznać, że Laurent dysponował nie tylko zachwycającym wyglądem, ale również językiem wyszukanym i przyjemnym. Słowa, które wypowiadał, mogłoby się zdawać, że idealnie pasowały do okazji. Mężczyzna był świadomym swojej charyzmy i tego, co potrafi uczynić mowa. Zapewne w innych okolicznościach ta rozmowa szybko mogłaby przybrać inne tory. Umiejętność mówienia była jednak tylko jedną z zalet jego rozmówcy. Prewett był bowiem przystojnym jegomościem, którego jasne włosy stanowiły przyjemny kontrast na tle ciemnej, rozgadanej ciżby, która kotłowała się teraz w głównej Sali dworku. Ciężko było go przeoczyć i jeszcze ciężej zapomnieć tego widoku. Gdyby Bellamy nie był zajęty poznawaniem i wymianami uprzejmości z innymi gośćmi, to zapewne już dawno zaczepiłby Laurenta w środku. Cieszyło go jednak, że los zetknął ich ze sobą w odosobnieniu, gdzie mogli naprawdę porozmawiać.
– Tak, masz rację, wystarczy spojrzeć inaczej – zgodził się bez wahania. Bellamy miał po prostu skomplikowaną relację z tym miejscem, jak i z ludźmi, którzy tu mieszkali i pracowali. Ciężko mu więc było odsłonić pewne zasłony, żeby móc dostrzec to, co tkwiło za nimi. Nie chciał być jednak zbyt surowy i wrzucać w myśli Laurenta fałszywy obraz tego miejsca.
– Nie potrafisz się gniewać, ale? – zahaczył o to, łapiąc coś, co miało zostać dodane, jakby chciał wyszarpnąć to z gardła jasnowłosego. Podobały mu się te ich słowne zabawy, bo ewidentnie się ze sobą bawili. Ciekawiło go, jak długo wytrwają w tej zabawie, dopóki nie wyjdzie na jaw to, czego by od siebie chcieli.
– Dziękuję, aktualnie mieszkam w Londynie, więc udało mi się podszkolić z waszego języka – przyznał. Gdy przeprowadzał się do Londynu, znał zaledwie kilka zwrotów, które uważano za najbardziej potrzebne. Jego rodzice nie przykładali zbyt wielkiej wagi do nauki angielskiego, uznając wyższość francuskiego ponad wszystkie inne języki. Po angielsku mówili jedynie tyle, ile należało. Ojciec Bellamy’ego posługiwał się nim jednak dość płynnie, chociaż nie tak jak jego matka – rodowita angielka.
– O proszę, jeszcze nikt nie nazwał tego miejsca Rajem – odpowiedział, puszczając w końcu roślinę, której kwiatem bawił się już jakiś czas. Nie chciał go uszkodzić, a wiedział, że takie kręcenie może spowodować odpadnięcie płatków lub złamanie łodygi, chociaż te róże miały dość wytrzymałe. Podszedł do Laurenta dość blisko, zachowując jednak w miarę przyzwoitą odległość.
– Nie czeka na ciebie towarzyszka w środku? – zapytał jeszcze, bo wiedział, że każdy z gości został zaproszony z osobą, która mogłaby mu towarzyszyć.
Za szklarnią jednak tęsknił naprawdę. Gdyby mógł, to przeniósłby to miejsce do Londynu lub też teleportował się tutaj zawsze, kiedy tylko naszłaby go ochota. Nie mógł tego jednak robić, gdyż dworek od dawna był zabezpieczony przed możliwością teleportowania się. Nie było to wygodne, ale stanowiło zabezpieczenie przed niechcianymi gośćmi.
– Twierdzisz, że nie masz talentu, ale każde wypowiedziane przez ciebie zdanie temu przeczy – zaśmiał się. Rzeczywiście należało przyznać, że Laurent dysponował nie tylko zachwycającym wyglądem, ale również językiem wyszukanym i przyjemnym. Słowa, które wypowiadał, mogłoby się zdawać, że idealnie pasowały do okazji. Mężczyzna był świadomym swojej charyzmy i tego, co potrafi uczynić mowa. Zapewne w innych okolicznościach ta rozmowa szybko mogłaby przybrać inne tory. Umiejętność mówienia była jednak tylko jedną z zalet jego rozmówcy. Prewett był bowiem przystojnym jegomościem, którego jasne włosy stanowiły przyjemny kontrast na tle ciemnej, rozgadanej ciżby, która kotłowała się teraz w głównej Sali dworku. Ciężko było go przeoczyć i jeszcze ciężej zapomnieć tego widoku. Gdyby Bellamy nie był zajęty poznawaniem i wymianami uprzejmości z innymi gośćmi, to zapewne już dawno zaczepiłby Laurenta w środku. Cieszyło go jednak, że los zetknął ich ze sobą w odosobnieniu, gdzie mogli naprawdę porozmawiać.
– Tak, masz rację, wystarczy spojrzeć inaczej – zgodził się bez wahania. Bellamy miał po prostu skomplikowaną relację z tym miejscem, jak i z ludźmi, którzy tu mieszkali i pracowali. Ciężko mu więc było odsłonić pewne zasłony, żeby móc dostrzec to, co tkwiło za nimi. Nie chciał być jednak zbyt surowy i wrzucać w myśli Laurenta fałszywy obraz tego miejsca.
– Nie potrafisz się gniewać, ale? – zahaczył o to, łapiąc coś, co miało zostać dodane, jakby chciał wyszarpnąć to z gardła jasnowłosego. Podobały mu się te ich słowne zabawy, bo ewidentnie się ze sobą bawili. Ciekawiło go, jak długo wytrwają w tej zabawie, dopóki nie wyjdzie na jaw to, czego by od siebie chcieli.
– Dziękuję, aktualnie mieszkam w Londynie, więc udało mi się podszkolić z waszego języka – przyznał. Gdy przeprowadzał się do Londynu, znał zaledwie kilka zwrotów, które uważano za najbardziej potrzebne. Jego rodzice nie przykładali zbyt wielkiej wagi do nauki angielskiego, uznając wyższość francuskiego ponad wszystkie inne języki. Po angielsku mówili jedynie tyle, ile należało. Ojciec Bellamy’ego posługiwał się nim jednak dość płynnie, chociaż nie tak jak jego matka – rodowita angielka.
– O proszę, jeszcze nikt nie nazwał tego miejsca Rajem – odpowiedział, puszczając w końcu roślinę, której kwiatem bawił się już jakiś czas. Nie chciał go uszkodzić, a wiedział, że takie kręcenie może spowodować odpadnięcie płatków lub złamanie łodygi, chociaż te róże miały dość wytrzymałe. Podszedł do Laurenta dość blisko, zachowując jednak w miarę przyzwoitą odległość.
– Nie czeka na ciebie towarzyszka w środku? – zapytał jeszcze, bo wiedział, że każdy z gości został zaproszony z osobą, która mogłaby mu towarzyszyć.