Jak wielką stratą było mieszanie bólu z czystą miłością? Zatruwanie swoich żył, wpuszczaniem do nich toksyn tylko dlatego, że mądrzejsi i silniejsi tego świata wiedzieli lepiej, co dla nas dobre? To dlatego skrzydła tej Królewny Śnieżki nie mogły być białe. Dawno wsiąknęła w nie ta mgła, która zbierała się gdzieś na dnie jego brzucha, a potem ogarniała całe ciało, przenikała przez nie, zmieniała, wypaczała. Uświęcone relikwie w postaci kwiatów nie były w stanie pokonać tego chorego do porzygu miejsca, nie mogły zatrzymać złych wspomnień ciągle powracających z każdym postawionym wśród zimy krokiem. Przecież prosiło się, żeby wyciągnąć do niego dłoń. Złapać jego palce i delikatnie poprowadzić na ścieżkę, która nie była zamglona ani ciernista. Gdzie nie rosły róże, które mogły cię ukłuć, tylko krokusy i powinie, stokrotki i maki przeplatające się ze sobą w tańcu swawolnej czerwieni i bieli. Droga, gdzie nie było śniegu. Prowadziła chyba rzeczywiście gdzieś do Londynu, albo w zupełnie inne miejsce - nienazwane. Tam, gdzie nikt nie spoglądał na to, co miałeś w akcie urodzenia i nie oceniał tego, kim byłeś. Wszystko to było piękne - piękne wizje, piękne chęci. Szkoda tylko, że dziedzictwo było czymś, czemu ciężko było powiedzieć definitywne: nie. I w końcu odkrywałeś, że taka podróż nie była niczym więcej niż ucieczką, dopóki nie pozwoliłeś samemu sobie na pogodzenie się z tym, że we mgle nie ma nic złego, dopóki nie rozbiera ona czeluści twoich złych wspomnień.
Nie odpowiedział słownie, za to wdzięcznie się uśmiechnął, przyjmując to pochlebstwo w ciszy. I nie zaprzeczając już. Komplementy należało przyjmować z klasą. Kiedy słyszałeś ich wystarczająco dużo przestawałeś się rumienić. Przestawałeś uciekać wzrokiem, czy wahać się, jak odpowiedzieć. Choć te dwa ostatnie potrafił robić, jeśli tylko wyczuwał, że rozmówca o wiele bardziej cenił sobie delikatność i tą niewinność. Nie, w Laurencie niewinności nie było. Była ona tylko na zewnątrz, w jego wyglądzie, z czego owszem, doskonale zdawał sobie sprawę. Tak jak zdawał sobie sprawę z tego, że potrafi słowem czarować. Ani jedno, ani drugie, nie było darem zesłanym z niebios. Och, oczywiście, że darami w pewnym sensie były, ale były latami ćwiczeń, mordęgi dbania o siebie, odmawiania sobie wielu rzeczy, by stać się perfekcyjnym synem. Ta bajka brzmiała pięknie. Była w rzeczywistości koszmarem. Bellamy więc bardzo dobrze ocenił tego węża o tęczowych łuskach, jakiego miał przed sobą. Ach, ale wszak nawet Lucyfer był kiedyś aniołem, prawda? Ten, Który Niesie Światło. Jutrzenka. Laurent mógł tej nocy jaśnieć tylko i wyłącznie dla Bellamyego, oczekując rozbłysku wystrzelonych sztucznych ogni, albo zapominając o nich całkowicie, tak jak stracił zainteresowanie szklarnią, gośćmi, przyjęciem. Światem.
Trafił w czuły punkt. Wystarczyła ta jedna, prosta odpowiedź, żeby zrozumiał, że nie rozmawiali tutaj tylko o "kwiatkach". Że to życie, o którym mówił, miało szerszą perspektywę, której nie rozumiał, bo nie znał człowieka, który się tutaj znajdował. Było w tym coś niepokojąco mrocznego, co poruszyło jego serce. Co sprawiało, że chciał wyciągnąć do niego ramiona, przytulić go i zapewnić, że jeśli nawet nie tutaj, to życie było gdzie indziej. Czy to byłby ten początek podróży na pola maków i stokrotek? Kto wie? Problem ze zbliżaniem się do ludzi zawsze był jeden i ten sam - nigdy nie wiedziałeś, gdzie była granica i gdzie zaczynało się wścibstwo. Wyjątkowo tutaj żadne słowa nie brzmiały dobrze. I chociaż lubił zabawę w założenia czynione wobec innych ludzi to wydawało mu się tak wrażliwe i delikatne, że nawet by nie pomyślał robić sobie z tego zabawę.
- ... ale bardzo chętnie przekonałbym się o tym na własnej skórze, mając przed sobą znawcę. - Aach, oczywiście, że to była gra słowna! Wręcz przekomarzanka! Sprawdzanie terenu. Przekonywanie się, czy druga osoba jest tak odważna, za jaką chciałaby uchodzić, czy jest zainteresowana, czy może zaraz wycofa się z żartami, zapewniając o swoim heteroseksualizmie. Żadna z tych opcji nie czyniła mu zawodu, czasem był jedynie przekonany, że gwałtowne ucieczki były syndromem wyparcia. I potrafił tkać dalej pajęczą przędzę, cierpliwie, powolutku... Nie, Laurent nigdy nie chciał niczyjej krzywdy. Bawił się dobrze tylko wtedy, kiedy i druga strona to czyniła. A tutaj nie miał wątpliwości, że Bellamy rozpromieniał. Jakby ściągnięto mu chociaż jeden miligram z ramion, albo jak kwiat, który w końcu zobaczył światło dnia po długiej nocy. Porównań były dziesiątki - Laurent sycił się jego uśmiechem, śmiechem i zainteresowaniem, które przesuwało się w jego kierunku. - Doprawdy? W takim razie mam nadzieję, że będzie okazja się jeszcze spotkać. - Zainteresował się tym Londynem. Od dawna? Niedawna? Chciał pytać. Był zainteresowany. Rzecz w tym, że troszkę bardziej zainteresowany był czymś innym...
- Ktoś włożył serce w to miejsce i sercem rozkwitło. Czy określenie Raju nie jest wręcz... leniwym słowem, skoro zasługuje na tkanie poematów? - Laurent zmienił troszeczkę ton. Na nieco bardziej intymny, prawie tak, jakby mówił o czymś naprawdę rozkosznym, półszeptem, bo szeptać nie było sensu, ale jednocześnie ten sekret nie zasługiwał na to, żeby o nim krzyczeć. Wtedy tracił na swoim pięknie. Prawie czuł na swojej skórze dreszcze od elektryzującej przyjemności, kiedy Bellamy skreślił odległość, jaka ich dzieliła i zachował tą, którą... zachować wypadało. Z czystej kurtuazji. Może ostrożności? - Nie ma drugiego takiego kwiatu w środku, na który chciałbym czekać, Epifyllum*. - Westchnął niemal tęsknie, śląc powłóczyste spojrzenie do mężczyzny naprzeciwko siebie, pozwalając sobie na przyjemnie kwitnącą przyjemność tej chwili. Trochę tęsknie, a trochę z chochlikami w oczach, zastanawiając się, czy jego rozmówca będzie wiedział, o jakim kwiecie do niego powiedział.
*Epifyllum - Roślina. Jej kwiaty otwierają się tylko na parę godzin w nocy i są tak piękne, że epifyllum nazywana jest królową jednej nocy.