04.10.2023, 21:12 ✶
Powinna ich dorwać.
Powinna. Ale to ostatnie, nieudane zaklęcie sprawiło, że jej prawa ręka teraz spływała krwią - i Brenna zauważyła to dopiero, kiedy dźwignęła się do pozycji siedzącej i wyciągnęła przed siebie różdżkę, próbując posłać zaklęcie w stronę uciekającego. Czar wprawdzie udało się rzucić, ale chybiła haniebnie: oszałamiacz przemknął dobre pół metra od mężczyzny niż ten znikł w ciemnościach. Nie odwróciła spojrzenia nawet wtedy, kiedy podbiegł do niej Laurent, bo plecami wolno było ci się odwrócić tylko do trupa... a przynajmniej jeden z tych dwóch był w doskonałym stanie.
Musisz wstać, Bren, szepnęło coś w jej umyśle. Podparła się lewą ręką o drzewo, i powoli dźwignęła na nogi, pokrwawione palce prawej dłoni zaciskając kurczowo na różdżce. Kręciło się jej w głowie - gdy ten drugi raz uderzyła o pień, obiła sobie nie tylko kręgosłup. Żebra i biodro, uderzone wcześniej, przy tym pierwszym upadku, protestowały przeciwko każdemu ruchowi. Wszystko w niej wyrywało się, żeby się przemienić i rzucić w pościg... ale wbrew temu, co twierdził Erik, Brenna miała trochę instynktu samozachowawczego. I wiedziała przecież - jest tylko człowiekiem. Nie Dumbledorem, nawet nie Patrickiem. Żadnym wybrańcem, który miał moc wykraczającą poza możliwości innych czarodziejów. Była nazbyt poturbowana, aby teraz dać sobie radę z dwoma przeciwnikami.
Gdyby rzuciła się w pogoń, mogłaby tylko umrzeć. A wtedy nie pomogłaby już nikomu. To byłoby głupie i niepotrzebne.
- Nic mi nie jest - zapewniła więc tylko. Na pierwszy rzut oka dało się w to nawet uwierzyć, bo przecież poza tym, że była brudna, to te widoczne obrażenia ograniczyły się do rozciętej wargi i zranionej ręki. Wszystko inne, krwiaki i siniaki, zaczynające wyśpiewywać pieśń bólu, skrywały się pod ubraniem. Przez głowę przeszła jej myśl, że Bulstrode prawdopodobnie ją zamorduje, bo z dużym prawdopodobieństwem albo wyrwała go ze snu, albo zepsuła jakiś wieczór w kasynie. Tym razem to nie były dwie minuty niebezpieczeństwa o jakiejś ludzkiej porze i to niezbyt groźna sytuacja…
Brenna zwróciła wreszcie spojrzenie na Laurenta.
– Nie oberwałeś? – spytała, mierząc go wzrokiem, ale wydawało się, że Prewett nie jest nawet zadraśnięty. Odwróciła się więc, rozglądając za drugim czarodziejem.
Nie byli bezpieczni. Wciąż nie byli bezpieczni. Tamta dwójka mogła wrócić. Musieli się stąd wynosić.
- Cane? - rzuciła. Nie krzyczała, podniosła jedynie głos. Ruszyła w ślad za nim, utykając lekko na prawą nogę. - Cały jesteś?
Powinna. Ale to ostatnie, nieudane zaklęcie sprawiło, że jej prawa ręka teraz spływała krwią - i Brenna zauważyła to dopiero, kiedy dźwignęła się do pozycji siedzącej i wyciągnęła przed siebie różdżkę, próbując posłać zaklęcie w stronę uciekającego. Czar wprawdzie udało się rzucić, ale chybiła haniebnie: oszałamiacz przemknął dobre pół metra od mężczyzny niż ten znikł w ciemnościach. Nie odwróciła spojrzenia nawet wtedy, kiedy podbiegł do niej Laurent, bo plecami wolno było ci się odwrócić tylko do trupa... a przynajmniej jeden z tych dwóch był w doskonałym stanie.
Musisz wstać, Bren, szepnęło coś w jej umyśle. Podparła się lewą ręką o drzewo, i powoli dźwignęła na nogi, pokrwawione palce prawej dłoni zaciskając kurczowo na różdżce. Kręciło się jej w głowie - gdy ten drugi raz uderzyła o pień, obiła sobie nie tylko kręgosłup. Żebra i biodro, uderzone wcześniej, przy tym pierwszym upadku, protestowały przeciwko każdemu ruchowi. Wszystko w niej wyrywało się, żeby się przemienić i rzucić w pościg... ale wbrew temu, co twierdził Erik, Brenna miała trochę instynktu samozachowawczego. I wiedziała przecież - jest tylko człowiekiem. Nie Dumbledorem, nawet nie Patrickiem. Żadnym wybrańcem, który miał moc wykraczającą poza możliwości innych czarodziejów. Była nazbyt poturbowana, aby teraz dać sobie radę z dwoma przeciwnikami.
Gdyby rzuciła się w pogoń, mogłaby tylko umrzeć. A wtedy nie pomogłaby już nikomu. To byłoby głupie i niepotrzebne.
- Nic mi nie jest - zapewniła więc tylko. Na pierwszy rzut oka dało się w to nawet uwierzyć, bo przecież poza tym, że była brudna, to te widoczne obrażenia ograniczyły się do rozciętej wargi i zranionej ręki. Wszystko inne, krwiaki i siniaki, zaczynające wyśpiewywać pieśń bólu, skrywały się pod ubraniem. Przez głowę przeszła jej myśl, że Bulstrode prawdopodobnie ją zamorduje, bo z dużym prawdopodobieństwem albo wyrwała go ze snu, albo zepsuła jakiś wieczór w kasynie. Tym razem to nie były dwie minuty niebezpieczeństwa o jakiejś ludzkiej porze i to niezbyt groźna sytuacja…
Brenna zwróciła wreszcie spojrzenie na Laurenta.
– Nie oberwałeś? – spytała, mierząc go wzrokiem, ale wydawało się, że Prewett nie jest nawet zadraśnięty. Odwróciła się więc, rozglądając za drugim czarodziejem.
Nie byli bezpieczni. Wciąż nie byli bezpieczni. Tamta dwójka mogła wrócić. Musieli się stąd wynosić.
- Cane? - rzuciła. Nie krzyczała, podniosła jedynie głos. Ruszyła w ślad za nim, utykając lekko na prawą nogę. - Cały jesteś?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.