04.10.2023, 22:26 ✶
– Nie trzeba, Lauri. Dam sobie radę – powiedziała łagodnie, odpychając dłoń Laurenta, kiedy poczuła, że zaczął przelewać ku niej swoją energię, przerywając proces. Nie było z nią dobrze, ale nie było też bardzo źle: obrywała w życiu dostatecznie wiele razy, aby potrafić to ocenić. Nie byłaby może w stanie podjąć pościgu i sprawnie walczyć, ale utrzyma się na nogach. Miała w sobie wystarczająco wiele uporu, aby być w stanie działać. Choć pozwoliła mu sobie pomóc, gdy wstawała, nie protestowała wobec ujęcia pod rękę, nie przyjęła już tego wsparcia, którego usiłował udzielić własnym kosztem.
Powinna prawdopodobnie go zganić za używanie tego zaklęcia. A w gruncie rzeczy to aresztować. Ale zasadniczo, Brenna musiałaby aresztować i samą siebie, gdyby chciała tak ściśle przestrzegać litery prawa. I to za więcej niż jedną rzecz. Jeżeli nawet w jej głowie zrodziły się jakieś wątpliwości wobec Prewetta, gdy zobaczyła, jak swobodnie używa nekromancji, to w tej chwili w żaden sposób nie dała ich po sobie poznać. Ruszyła po prostu w stronę Cane’a, idąc ku niemu w ślad za Laurentem.
– Nic mi nie jest, Cane. Tylko trochę się poobijałam – zapewniła, podchodząc bliżej. Zdołała nawet rzucić lumos i na końcu różdżki zapłonęło światło. Uniosła ją lekko, by oświetlić Cane’a: nie wyglądał dobrze. Właściwie wyglądał bardzo źle – on w przeciwieństwie do Laurenta z pewnością oberwał. Sam czarodziej mierzył teraz Brennę trochę przerażonym spojrzeniem.
– Przepraszam, Bre. Gdybym nie…
– Nie zrobiłeś nic złego – ucięła, bo wcale nie chciała, aby opowiadał o wszystkich szczegółach tutaj. Nie teraz, kiedy nie byli pewni, czy są bezpieczni. I niekoniecznie przy Laurencie. Stanął po ich stronie, a Brenna nie chciałaby uwierzyć, że wsparłby śmierciożerców, ale… nie mogła być pewna, czy nie powie paru słów za dużo. Do Edwarda Prewetta, do Victorii, do Oriona, do Atreusa. A sprawa z każdym z nich była cholernie skomplikowana, nawet jeżeli Brenna nie wierzyła i w to, by ktoś z tych ludzi nosił na ręku mroczny znak.
– D…dam radę – wykrztusił Cane. Na czole perlił się mu pot, a koszulę miał uwalaną krwią, ale z trudem mógł się poruszać. – Ja… ja nie mam różdżki. Wytrącili mi ją z rąk…
– Załatwimy ci nową – obiecała Brenna. – Damy radę iść. Pozwolisz nam skorzystać z kominka? Cane nie może się teleportować.
Nie byłby w stanie zrobić tego nawet normalnie. Nie bez powodu uciekł właśnie tutaj, na teren rezerwatu. A teraz w dodatku nie miał różdżki. Musiała go gdzieś odesłać – i w tej chwili do głowy przychodził jej głównie Dziurawy Kocioł. Ostatecznie Warownia, chociaż wolałaby nie wciągać mężczyzny aż tak głęboko w Zakon Feniksa. Tak czy inaczej, to miało być rozwiązanie na chwilę, gdy już zdecydują, czy zgłaszać sprawę… i czy uda się wykreślić jej udział w tej… później coś wymyślą.
Powinna prawdopodobnie go zganić za używanie tego zaklęcia. A w gruncie rzeczy to aresztować. Ale zasadniczo, Brenna musiałaby aresztować i samą siebie, gdyby chciała tak ściśle przestrzegać litery prawa. I to za więcej niż jedną rzecz. Jeżeli nawet w jej głowie zrodziły się jakieś wątpliwości wobec Prewetta, gdy zobaczyła, jak swobodnie używa nekromancji, to w tej chwili w żaden sposób nie dała ich po sobie poznać. Ruszyła po prostu w stronę Cane’a, idąc ku niemu w ślad za Laurentem.
– Nic mi nie jest, Cane. Tylko trochę się poobijałam – zapewniła, podchodząc bliżej. Zdołała nawet rzucić lumos i na końcu różdżki zapłonęło światło. Uniosła ją lekko, by oświetlić Cane’a: nie wyglądał dobrze. Właściwie wyglądał bardzo źle – on w przeciwieństwie do Laurenta z pewnością oberwał. Sam czarodziej mierzył teraz Brennę trochę przerażonym spojrzeniem.
– Przepraszam, Bre. Gdybym nie…
– Nie zrobiłeś nic złego – ucięła, bo wcale nie chciała, aby opowiadał o wszystkich szczegółach tutaj. Nie teraz, kiedy nie byli pewni, czy są bezpieczni. I niekoniecznie przy Laurencie. Stanął po ich stronie, a Brenna nie chciałaby uwierzyć, że wsparłby śmierciożerców, ale… nie mogła być pewna, czy nie powie paru słów za dużo. Do Edwarda Prewetta, do Victorii, do Oriona, do Atreusa. A sprawa z każdym z nich była cholernie skomplikowana, nawet jeżeli Brenna nie wierzyła i w to, by ktoś z tych ludzi nosił na ręku mroczny znak.
– D…dam radę – wykrztusił Cane. Na czole perlił się mu pot, a koszulę miał uwalaną krwią, ale z trudem mógł się poruszać. – Ja… ja nie mam różdżki. Wytrącili mi ją z rąk…
– Załatwimy ci nową – obiecała Brenna. – Damy radę iść. Pozwolisz nam skorzystać z kominka? Cane nie może się teleportować.
Nie byłby w stanie zrobić tego nawet normalnie. Nie bez powodu uciekł właśnie tutaj, na teren rezerwatu. A teraz w dodatku nie miał różdżki. Musiała go gdzieś odesłać – i w tej chwili do głowy przychodził jej głównie Dziurawy Kocioł. Ostatecznie Warownia, chociaż wolałaby nie wciągać mężczyzny aż tak głęboko w Zakon Feniksa. Tak czy inaczej, to miało być rozwiązanie na chwilę, gdy już zdecydują, czy zgłaszać sprawę… i czy uda się wykreślić jej udział w tej… później coś wymyślą.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.