Starał się wyciszyć swój umysł, nie nakręcać na zaklęcie, które się w nim powtarzało uparcie, a które brzmiało mniej więcej: borzeborzeborze... Jak można było się domyślić - nie było to zbyt efektywne zaklęcie. Obejrzał się jeszcze raz na miejsce, gdzie zniknęła im tamta dwójka. O zgrozo, mimo całe swojej niechęci wobec Śmierciożerców to miał nadzieję, że mimo wszystko nie zginą. Na śmierć nie zasługiwał nikt. Na karę - owszem. Ale zgodną z prawem. Choć też nie potrafił powiedzieć, żeby było mu bardzo żal osób, którym życie innych nie robiło różnicy. Którzy odmawiali tego życia osobom, które nie posiadały czystego rodowodu. Nadszedł dzień,
którego bałem się najbardziej. Dzień, gdzie nie tylko widmo Dantego przysłoniła jego słońce, ale do jego ukochanego lasu wdarli się Śmierciożercy. Liczył się z tym już w momencie, kiedy zdecydował się coś zmienić. Z widmami, z Ministerstwem. Starał się uważać, jak wypowiada się o tej terrorystycznej organizacji, żeby nie ściągać na siebie zbyt wielkiej uwagi. Nie przyszli tutaj zresztą nawet do niego, po niego, nie przyszli żeby brudzić w New Forest. Przybyli tutaj za porządnym mieszkańcem okolicy. Tylko tyle albo aż tyle.
- Proszę się nie przejmować różdżką, spróbuję jej poszukać jutro rano, a jeśli nie to tak jak mówi Brenna - zakup nowej to nie problem. - Zapewniał mężczyznę, chcąc go uspokoić. Uspokoić go, podczas gdy jemu samemu było daleko do spokoju. Adrenalina ciągle buzowała w jego żyłach i napędzała go, ale serce waliło jak młotem i już czuł, że ma problemy z oddychaniem. Spojrzał po ciemnych gałęziach drzew, ale nigdzie nie widział Fuego. Wyglądało na to, że uciekł, kiedy tylko poczuł zagrożenie. Dobry chłopiec. Laurent miał tylko nadzieję, że w całej tej sytuacji nie zwrócił na siebie tyle uwagi, żeby wzbudzić zainteresowanie mężczyzn. Niestety w takich chwilach tak bywało, że czarny scenariusz ciężko było po prostu usunąć. Że feniksowi znów mogło coś grozić. Że... stworzeniom tutaj mogło coś grozić. Mugolom w okolicy? Czuł ciśnienie pulsujące w głowie i słyszał własną krew, kiedy uniósł różdżkę i zaczął ich prowadzić przez New Forest w stronę swojego domu.
- Oczywiście! Mogę sprowadzić mojego medyka, na pewno chcecie się teleportować? Albo mogę pójść do Munga po lekarza... - Chyba im mniej ruchu w takim przypadku tym lepiej? Laurent ciągle oglądał się z niepokojem za siebie, za ramiona. Ten las nigdy go nie przerażał. Ale teraz, wśród tych dźwięków nocy, kiedy każdy ruch liści brzmiał jakby zaraz ktoś miał wyjść z krzewów - teraz się go bał. Bo wkradli się tu ludzie, którzy ten strach powodowali. Mimo tego to nie strach był główną dominą jego odczuć. Bo ta determinacja wcale nie zniknęła z jego oczu. Płomień, którego nie było tam od czasów szkolnych, znowu zaczął się w nim tlić. Cel. Czuł, że ma cel.
Zwolnił trochę i zrównał się z Brenną i mężczyzną, żeby pilnować go z drugiej strony. Asekurować, żeby nie upadł. Złapał go pod ramię - nie protestował. Czujnie sprawdzał jego siły życiowe - potrzebował pomocy, to było jasne. Ale pilnował, żeby im tutaj nie upadł i żeby te obrażenia się nie pogłębiały. Żeby utrzymać jego zdrowie, dopóki nie sprowadzą pomocy. Albo dopóki... oni gdzieś się nie ulotnią.
Puścił dopiero, kiedy znaleźli się już w jego ogrodzie, żeby podbiec do drzwi na miękkich kolanach i otworzyć je. Nie oglądał się na nich - machnął tylko ręką dając znać, żeby wchodzili. Duma wbiegł przed nim, węsząc wokół, robiąc przebieg po wszystkich pomieszczeniach. Normalnie przywołałby go do porządku, bo był nauczony by czekać na wyczyszczenie łap, ale teraz porządek w domu był ostatnim o co się martwił. Jednym ruchem różdżki rozpalił światła.