Zawieszona na granicy życia i śmierci dziewczyna, nawiedzona, zdolna do wszystkiego jej matka. Tej na szczęście tu nie było i nie musiał z nią walczyć w tym momencie. Byłaby to trudna potyczka, zwłaszcza, że nie byłby się tak łatwo poddać. W jakimś stopniu potrafi zrozumieć motywy tamtej czarownicy, co nie znaczy że je pochwalał. Każdego z popełnionych morderstw nie dało się cofnąć. Z nimi wiązało się naprawdę sporo konsekwencji. Na jawie po tej ziemi chodził czarodziej, któremu chciał odebrać życie przez to, że przed laty zabił mu ojca. Naprawdę nie był w stanie pomóc tej dziewczyny i najlepszym wyjściem byłoby zakończenie jej egzystencji.
Nie znalazłszy tego, czego szukał nie sprawiał zadowolonego z tego właśnie faktu. W otwartej na oścież, powiększonej magią szafie znalazł typowe dla czarodziejów przedmioty, eliksiry, księgę o zaklęciach domowych i rzucaniu uroków oraz sowę, która po zahukaniu na niego przemieniła się w morską pianę. Nie było to nic, co wskazywałoby na to, że matka dziewczyny parała się czarną magią i nekromancją. Przynajmniej na tym statku. Nie było to zadowalające, bowiem po to tutaj przyszedł i właśnie po to igrał z potężnymi siłami, których do końca nie rozumiał.
Zadane przez niego pytanie spotkało się z taką samą reakcją, jak poprzednio. Oznaczało to, że mógł wykluczyć awarię tych świateł i uznać to za celowy kontakt ze strony Marianne. Chciał w to wierzyć, że to była ona. Zwłaszcza w obliczu rozważań dotyczących podjęcia trudnego moralnie wyboru. W dalszym ciągu ulżenie jej wydawało się słuszne. Postanowił przeanalizować ten sygnał i zestawić z nim posiadaną wiedzę o świecie, w przypływie swoistego olśnienia utożsamiając go z wezwaniem pomocy. Stanowiło to swoisty postęp w jego poszukiwaniach odpowiedzi na to wszystko, co się tutaj stało i jak to na nich działało w obecnej chwili. W chwili obecnej Marianne była jego jedynym tropem. Sam nie potrzebował ratunku w tym momencie. Musiało chodzić o nią.
— Jak mam pomóc? — Zapytał bez przekonania w głosie, nie spodziewając się nawet odpowiedzi. W ten sposób można było nadawać znacznie dłuższe wiadomości.
Wpatrując się w ściany dostrzegał pojawiające się krople wody, słyszał szum wlewającej się na korytarz wody i widział namakającą tapetę. Wydawało mu się, że się wdzierająca się tutaj woda napiera na drzwi kajuty. Wywołało w nim to niepokój, wymuszający pojawienie się kropli zimnego potu na karku. Gdy zgasło światło, pogrążając go w głębokiej ciemności i ciszy, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczył, pomieszczenie stało się dla niego zbyt ciasne.
Miał wrażenie, że nie może stąd uciec. Wydostanie się z dna morza było niemożliwe. Ogarnęło go poczucie beznadziei i przeraźliwej samotności. Dotknęło to jego najbardziej irracjonalnego strachu, powiązanego z lękiem przed zamkniętymi pomieszczeniami. Czuł, że serce wali mu jak szalone. Po chwili znów stał w kajucie i patrzył na Marianne. To, czego doświadczył w tamtym momencie wystarczyło, aby zapragnął się stąd wydostać i tym samym opuścić ten sen, wracając do świata rzeczywistego. To z pewnością było bardziej skomplikowane.