10.11.2022, 12:26 ✶
Powoli opuściła różdżkę, gdy powiedział, że nikt go nie ściga, a z jej płuc wyrwał się oddech. Było za wcześnie, aby odczuwać prawdziwą ulgę, bo coś sprowadziło tutaj Charlesa w tak złym stanie: wyglądał, jakby miał zaraz wyzionąć ducha. Mogła jednak pozwolić sobie na odrobinę rozluźnienia. Nie musiała biec przez dom, wzywając domowników do obudzenia się, rzucać zaklęcia patronusa, by powiadomił najbliższych członków Zakonu, szykować do ewentualnego oblężenia tu i teraz.
Choć być może nawet walka ze śmierciożercami byłaby łatwiejsza niż wysłuchanie historii Rockwooda.
Nie, to nie tak, że ufała mu bez zastrzeżeń. Mogło wydawać się, że jest aż nazbyt beztroska, ale w jej duszy już dawno zakiełkowały ziarenka paranoi. Charlie był Gryfonem, ale Gryfońskość nie przesądzała, że nigdy nie przejdziesz na stronę lorda Voldemorta, zwłaszcza gdy cała rodzina ciągnie cię za rękaw. Pierwsze zdumienie, jego słowa i obawa, że jest ścigany, nie pozwoliły zrodzić się jednak wątpliwościom. A teraz, gdy te cicho szeptały w jej głowie, zostały odsunięte na później. Było tysiąc i jeden sposobów na to, aby później sprawdzić, czy Charles naprawdę miał kłopoty, czy nie jest szpiegiem, czy nie szukał tutaj informacji albo drogi dojścia do rodziny, o której było wiadomo, że jest blisko Dumbledore’a. Nie mogła teraz okazać żadnej podejrzliwości z prostego powodu: była pewna na dziewięćdziesiąt procent, że to żaden teatrzyk, że stało się coś bardzo, bardzo złego i nieufność stanowiła ostatnią rzecz, jakiej potrzebował.
To dziesięć procent zweryfikuje się potem.
Obróciła się od drzwi ku niemu, analizując twarz, ubiór, zachowanie. Kiwnęła mimowolnie głową, kiedy wspomniał, że wcześniej przeniósł się w parę innych miejsc – sprytne posunięcie, jeśli nie gwarantujące, że nikt za nim tutaj nie trafi, to przynajmniej bardzo zmniejszające na to szansę. A potem wspomniał o Christie i o Finneasie, a coś boleśnie ścisnęło się w jej żołądku.
Oni ich oboje zabili. Nie żyją. Obydwoje…
- Och, Charlie. Tak mi przykro – wyszeptała, odruchowo wyciągając ku niemu ręce, chcąc schwycić go za dłonie. Wątpliwości, przynajmniej na razie, pierzchły, bo przecież Charles nigdy nie poświęciłby brata… Gdzieś w głowie nieomal natychmiast zaczęły galopować myśli, układać się plany. Zabita brygadzistka. Zabity dziedzic rodziny. Konieczne śledztwo. Znalezienie winnych. Jako Brygadzistka natychmiast powinna ciągnąć go do Ministerstwa, ale Brenna była też członkiem Zakonu Feniksa. Gdyby Charlie poszedł do Biura Aurorów, jeżeli nie zginąłby od razu, to wkrótce potem. W Ministerstwie nie brakowało osób, które po cichu sprzyjały Voldemortowi.
Nie wypowiedziała wszystkich pytań, które cisnęły się jej na usta. Kto, kiedy, gdzie, dlaczego. Jeszcze nie. Wyglądał, jakby był gotów zemdleć w każdej chwili i przesłuchanie organizowane w sieni pod ścianą na pewno nie było tym, czego potrzebował. Chciałaby mu powiedzieć, że wszystko będzie dobrze: ale to przecież byłoby kłamstwo, wierutne kłamstwo, nikt ani nic nie przywróci życia jego partnerce i jego bratu, nikt już nie zwróci mu życia, jakie dotąd wiódł. Nic nie będzie dobrze, przynajmniej na razie.
– Dobrze, że tu przyszedłeś – zapewniła zamiast tego. Zrobiło się jej słabo na samą myśl, że mógłby zwrócić się nie do niej, a do najmłodszego Lupina, z którym był przecież blisko. Dom Longbottomów był chroniony i zamieszkany przez stado ludzi wyszkolonych w pojedynkach oraz świadomych ryzyka. A Cecily i Cedric? Cedric prawdopodobnie zaprosiłby śmierciożerców na herbatkę, bo wyglądają na przemarzniętych… – Chodź ze mną, proszę.
Przesunęła dłoń na jego przedramię, popychając go lekko, by ruszył w stronę kuchni. Tego dnia pomieszczenie wyglądało… cóż, jak jeden wielki bałagan: wszędzie piętrzyły się nieumyte naczynia, szklanki, pozostałości potraw. Było jednak w tej chwili, gdy salon i jadalnia nie zostały jeszcze przywrócone do należytego stanu, najlepszym miejscem do rozmowy. Zwłaszcza, że szanse na to, że nagle ktoś zejdzie z góry, tutaj była lepsze, a całe stado mniej lub bardziej znanych twarzy przypatrujących się mu w napięciu nie były chyba tym, czego Rockwood teraz potrzebował.
– Siadaj – poprosiła, wskazując mu krzesło. – Zrobię co mogę, żeby cię nie dopadli, Charlie, ale muszę ci zadać kilka pytań. Przede wszystkim… czy wiesz, kto ich zabił? – spytała cicho, starając się mówić łagodnym tonem. Zdawała sobie sprawę z tego, że ludzie w szoku nie zawsze byli w stanie rozmawiać z funkcjonariuszami, ale musiała spróbować.
Nie tylko dla niego, ale też dla Christie i Fineasa.
Choć być może nawet walka ze śmierciożercami byłaby łatwiejsza niż wysłuchanie historii Rockwooda.
Nie, to nie tak, że ufała mu bez zastrzeżeń. Mogło wydawać się, że jest aż nazbyt beztroska, ale w jej duszy już dawno zakiełkowały ziarenka paranoi. Charlie był Gryfonem, ale Gryfońskość nie przesądzała, że nigdy nie przejdziesz na stronę lorda Voldemorta, zwłaszcza gdy cała rodzina ciągnie cię za rękaw. Pierwsze zdumienie, jego słowa i obawa, że jest ścigany, nie pozwoliły zrodzić się jednak wątpliwościom. A teraz, gdy te cicho szeptały w jej głowie, zostały odsunięte na później. Było tysiąc i jeden sposobów na to, aby później sprawdzić, czy Charles naprawdę miał kłopoty, czy nie jest szpiegiem, czy nie szukał tutaj informacji albo drogi dojścia do rodziny, o której było wiadomo, że jest blisko Dumbledore’a. Nie mogła teraz okazać żadnej podejrzliwości z prostego powodu: była pewna na dziewięćdziesiąt procent, że to żaden teatrzyk, że stało się coś bardzo, bardzo złego i nieufność stanowiła ostatnią rzecz, jakiej potrzebował.
To dziesięć procent zweryfikuje się potem.
Obróciła się od drzwi ku niemu, analizując twarz, ubiór, zachowanie. Kiwnęła mimowolnie głową, kiedy wspomniał, że wcześniej przeniósł się w parę innych miejsc – sprytne posunięcie, jeśli nie gwarantujące, że nikt za nim tutaj nie trafi, to przynajmniej bardzo zmniejszające na to szansę. A potem wspomniał o Christie i o Finneasie, a coś boleśnie ścisnęło się w jej żołądku.
Oni ich oboje zabili. Nie żyją. Obydwoje…
- Och, Charlie. Tak mi przykro – wyszeptała, odruchowo wyciągając ku niemu ręce, chcąc schwycić go za dłonie. Wątpliwości, przynajmniej na razie, pierzchły, bo przecież Charles nigdy nie poświęciłby brata… Gdzieś w głowie nieomal natychmiast zaczęły galopować myśli, układać się plany. Zabita brygadzistka. Zabity dziedzic rodziny. Konieczne śledztwo. Znalezienie winnych. Jako Brygadzistka natychmiast powinna ciągnąć go do Ministerstwa, ale Brenna była też członkiem Zakonu Feniksa. Gdyby Charlie poszedł do Biura Aurorów, jeżeli nie zginąłby od razu, to wkrótce potem. W Ministerstwie nie brakowało osób, które po cichu sprzyjały Voldemortowi.
Nie wypowiedziała wszystkich pytań, które cisnęły się jej na usta. Kto, kiedy, gdzie, dlaczego. Jeszcze nie. Wyglądał, jakby był gotów zemdleć w każdej chwili i przesłuchanie organizowane w sieni pod ścianą na pewno nie było tym, czego potrzebował. Chciałaby mu powiedzieć, że wszystko będzie dobrze: ale to przecież byłoby kłamstwo, wierutne kłamstwo, nikt ani nic nie przywróci życia jego partnerce i jego bratu, nikt już nie zwróci mu życia, jakie dotąd wiódł. Nic nie będzie dobrze, przynajmniej na razie.
– Dobrze, że tu przyszedłeś – zapewniła zamiast tego. Zrobiło się jej słabo na samą myśl, że mógłby zwrócić się nie do niej, a do najmłodszego Lupina, z którym był przecież blisko. Dom Longbottomów był chroniony i zamieszkany przez stado ludzi wyszkolonych w pojedynkach oraz świadomych ryzyka. A Cecily i Cedric? Cedric prawdopodobnie zaprosiłby śmierciożerców na herbatkę, bo wyglądają na przemarzniętych… – Chodź ze mną, proszę.
Przesunęła dłoń na jego przedramię, popychając go lekko, by ruszył w stronę kuchni. Tego dnia pomieszczenie wyglądało… cóż, jak jeden wielki bałagan: wszędzie piętrzyły się nieumyte naczynia, szklanki, pozostałości potraw. Było jednak w tej chwili, gdy salon i jadalnia nie zostały jeszcze przywrócone do należytego stanu, najlepszym miejscem do rozmowy. Zwłaszcza, że szanse na to, że nagle ktoś zejdzie z góry, tutaj była lepsze, a całe stado mniej lub bardziej znanych twarzy przypatrujących się mu w napięciu nie były chyba tym, czego Rockwood teraz potrzebował.
– Siadaj – poprosiła, wskazując mu krzesło. – Zrobię co mogę, żeby cię nie dopadli, Charlie, ale muszę ci zadać kilka pytań. Przede wszystkim… czy wiesz, kto ich zabił? – spytała cicho, starając się mówić łagodnym tonem. Zdawała sobie sprawę z tego, że ludzie w szoku nie zawsze byli w stanie rozmawiać z funkcjonariuszami, ale musiała spróbować.
Nie tylko dla niego, ale też dla Christie i Fineasa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.