Brenna rozminęła się z celem, a Laurent chwycił go w swoje dłonie. Chronić. Miał małe możliwości, żeby bronić najbliższych i w większości, jego zdaniem, wychodziło to po prostu źle. Nie wszystkim pomóc się dało. Nie wszyscy pomocy chcieli. W jeszcze innych wypadkach nie wszyscy potrzebowali akurat twojej pomocy. Może nazywanie tego celem to za dużo powiedziane? Bo w końcu musiałoby mieć to swoją metę, musiałoby mieć kroki do wypełnienia, żeby udało się wykonać każde z nich i rzeczywiście stanąć tam, gdzie ten "cel" uznałbyś za ukończony. Czy koniec Voldemorta mógłby być takim celem..? Wizją tego, że wtedy świat byłby lepszym miejscem?
Ostre zaprzeczenie było dla Laurenta kolejną dozą szoku. Nie. Czemu nie? Jakie ukrywanie się? Przed czym się Brenna ukrywała? Przed Śmierciożercami? Przecież była brygadzistką! Owszem, nie z rodziny mugolskiej, ale nadal brygadzistką - z jej charakterem pewnie skopywałaby tyłki nie tylko tym z Nocturnu, ale też tym, którzy się chowali za białymi maskami i wyglądali jak sama Śmierć, która przyszła powiedzieć "dobranoc". Żyła normalnie. A może nie? Może rzeczywiście chowała się gdzieś po godzinach pracy... ale wędrowała wszędzie normalnie. A może... nie? Nie rozumiał jej słów ani ich wymiany zdań. Jeszcze raz: to BRYGADZISTKA! Czemu miałaby nie chcieć zgłaszać tego do Ministerstwa? Czemu Cane miałby nie chcieć... ach. Jasne, rozmawiał o tym z Norą. Wróg mógł być wszędzie. Lecz jeśli próbujesz coś zakopać głęboko to staje się bardziej narażone na atak, niż kiedy położysz to w jasnym słońcu. Z bardzo prostej przyczyny - wtedy więcej oczu patrzy.
Jej zakończenie o tym, że lepiej, żeby nikt nie wiedział, że tu była, zatrzymało go już w zdumieniu. Zatrzymał się przed swoim kominkiem - tym samym, przy którym siedzieli ostatnim razem, kiedy wywoływał ducha. Powinni byli iść, leczyć się, wołać o pomoc, gdziekolwiek zamierzali iść razem, jeśli nie chcieli jego pomocy - nie dziwił się, tutaj mogło być niebezpiecznie, chyba lepiej, żeby stąd poszli, jeśli mężczyzna był ścigany przez Śmierciożerców. Choć Laurent ciągle nie wiedział, że nimi nie byli. To, co powiedziała następne brzmiało... z sensem. Laurent odruchowo pokiwał głową... nie, zaraz. To nie miało żadnego sensu. Otrząsnął się z tego szoku i poklepał parę razy po klatce piersiowej, mając nadzieję, że ucisk z niej zaraz sam zniknie. To, co mówiła, było absolutną abstrakcją.
- Czy ty... Brenno, czy ty... - Patrzył na nią z niedowierzaniem, bo jej kontury nagle całkowicie mu się rozmywały. - Mówisz mi, żebym nie zaufał dwóm osobom, którym powierzyłbym swoje życie? Którym ufam najbardziej na świecie? - Bardzo lubił Brennę i również miał do niej zaufanie. Ale... Atreus był z nim zawsze. Victoria od roku była mu niezwykle bliska. A jeśli kłamałby Atreusa to miałby kłamać też Florence? Oriona? Ach... Florence? Nie potrafiłby. Dla Laurenta drobne kłamstwa, niedopowiedzenia, nie były problemem, ale to nie o to nawet chodziło. To byłoby niewłaściwe. I nawet by nie był w stanie. - Nie zrozum mnie źle, nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo, ale... jeśli nawet brygadzistka boi się walczyć z tą plagą, z... - Przerażało go to. Przerastało. - Jak ja wyjaśnię, że dwójka Śmierciożerców zaatakowała mnie i Cane'a w New Forest? - Zabrzmiałoby bardzo dziwnie, gdyby powiedział, że nie potrafi za dobrze czarować. Bo akurat jego różdżka i jego wola doskonale ze sobą współpracowały, kiedy przychodziło ochronić Cane'a czy las. Ale to był raczej wyjątek niż reguła. - Edward może nie jest święty, może nie przepada za waszą rodziną, ale wie, co to jest wdzięczność. Już drugi raz ocaliłaś mi życie. - Nie powinni teraz w ogóle ciągnąć tego tematu. Spojrzał na Cane'a. Potrzebował teraz pomocy, a nie pogawędek. Problem tkwił też w tym, że w jego głowie nie mieściło się to, co powiedziała Brenna. Lepiej, żeby Śmierciożercy nie wiedzieli, że pomagam mugolom... - Idź, jeśli chcesz. Zabiorę Cane'a do Munga.