05.10.2023, 09:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 14:55 przez Brenna Longbottom.)
Brenna chciała, żeby tę sprawę zgłosić Brygadzistom - a raczej aurorom, bo to była ich działka, gdy używano czarnej magii. Oni mogli ruszyć w pościg natychmiast - ona w tym stanie niekoniecznie.
Wolałaby po prostu, aby nikt nie wiedział, że tu była.
Cane zachichotał - trochę nerwowo. Może była to histeria, a może coś w słowach Laurenta go rozbawiło. Zaraz zdusił ten śmiech i złapał się za żebra, a z jego ust wydobył się boleściwy lęk. Brenna zaś przystanęła, spoglądając na Prewetta z krzywym uśmiechem na pokrytych krwią ustach. Zastanawiała się, co mu powiedzieć: bo z jednej strony może i lepiej byłoby, gdyby uwierzył, że tak, bała się, z drugiej, nikomu nie pomogłoby, jeśli ludzie zaczną wierzyć, że nawet Ministerstwo zbyt boi się Voldemorta, aby podnosić różdżki.
- Nie Victorii się obawiam, a tych, którzy są wokół niej. Jej matki, jej wujostwa, kuzynostwa i rodziny... z którą jest powiązana. I wierzę, że Edward Prewett poruszyłby dla ciebie niebo i ziemię, ale gdyby dowiedział się za wiele o mnie... uważasz, że by tego nie wykorzystał? - spytała, przekrzywiając lekko głowę. Jakby z lekkim zamyśleniem. Bo tak naprawdę niezależnie od tego, jaką decyzję podjąłby Laurent, Brenna była w stanie się z tego wyłgać. To nie był jeszcze kryzys, zwłaszcza, że wiedziała, że Cane przedstawi dokładnie taką wersję, o jaką by poprosił. O Atreusie i Orionie nie wspominała, bo bardziej nasuwali się jej Edward i Victoria... a Florence... cóż. Akurat ona ze względu na relację z Patrickiem i tak została już we wszystko wciągnięta, więc Prewett mógł mówić jej, co tylko zechciał. - Jak sądzisz, Laurencie Prewett, dlaczego tuż po zakończeniu służby, znalazłam się w środku nocy na drugim końcu kraju, akurat w momencie, w którym dwóch mężczyzn... nawiasem mówiąc, to raczej nie byli sami śmierciożercy, nie mieli masek... próbowało zabić mugolaka, którego oficjalnie nie znam?
- Posłałem jej wiadomość... a, zaraz. Przepraszam, to było retoryczne - wymamrotał Cane, trochę nerwowo. - Ale wiecie, czy musimy tutaj stać? Bo oni mogą wrócić.
- Przepraszam - powiedziała Brenna, uśmiechając się do niego, bo rzeczywiście, on jak najszybciej musiał trafić w ręce medyków. Ona... cóż, jeśli oficjalnie jej tu ostatecznie "nie będzie", to przyjdzie jej zadowolić się maściami. A potem znów zwróciła spojrzenie na Prewetta. Bo... niestety... ale kilka rzeczy musieli ustalić. - Nie proszę, żeby nie zgłaszać tego aurorom, wręcz przeciwnie, sądzę, że trzeba to zgłosić. W tej chwili decyzja należy do was, uważam, że lepiej, aby od razu ruszono w pościg, ale nie zamierzam was do niczego zmuszać. Proszę, żeby nie wspominać o tym, że Cane poprosił mnie o pomoc, gdy zaczął uważać, że może wpaść w kłopoty, ale nie miał na to dowodów. Bo w pierwszej kolejności pytania w tym względzie chcieliby zadać nie mnie, a Cane'owi. Jeżeli nie chcesz tego robić, rozumiem, możemy wrócić do twojego domu i posłać wiadomość Ministerstwu od razu. Poradzę sobie z tym. A. I nie uratowałam ci życia. Ty uratowałeś Cane'a. Dziękuję za to.
- Też dziękuję - wtrącił jeszcze Cane, jakby nieśmiało. - Za tę tarczę. I przepraszam, że uciekłem w tę stronę, ale gdybym próbowała gdzieś do mugolskiej miejscowości, ktoś niewinny mógłby ucierpieć... Nie sądziłem, że na ciebie wpadniemy.
Wolałaby po prostu, aby nikt nie wiedział, że tu była.
Cane zachichotał - trochę nerwowo. Może była to histeria, a może coś w słowach Laurenta go rozbawiło. Zaraz zdusił ten śmiech i złapał się za żebra, a z jego ust wydobył się boleściwy lęk. Brenna zaś przystanęła, spoglądając na Prewetta z krzywym uśmiechem na pokrytych krwią ustach. Zastanawiała się, co mu powiedzieć: bo z jednej strony może i lepiej byłoby, gdyby uwierzył, że tak, bała się, z drugiej, nikomu nie pomogłoby, jeśli ludzie zaczną wierzyć, że nawet Ministerstwo zbyt boi się Voldemorta, aby podnosić różdżki.
- Nie Victorii się obawiam, a tych, którzy są wokół niej. Jej matki, jej wujostwa, kuzynostwa i rodziny... z którą jest powiązana. I wierzę, że Edward Prewett poruszyłby dla ciebie niebo i ziemię, ale gdyby dowiedział się za wiele o mnie... uważasz, że by tego nie wykorzystał? - spytała, przekrzywiając lekko głowę. Jakby z lekkim zamyśleniem. Bo tak naprawdę niezależnie od tego, jaką decyzję podjąłby Laurent, Brenna była w stanie się z tego wyłgać. To nie był jeszcze kryzys, zwłaszcza, że wiedziała, że Cane przedstawi dokładnie taką wersję, o jaką by poprosił. O Atreusie i Orionie nie wspominała, bo bardziej nasuwali się jej Edward i Victoria... a Florence... cóż. Akurat ona ze względu na relację z Patrickiem i tak została już we wszystko wciągnięta, więc Prewett mógł mówić jej, co tylko zechciał. - Jak sądzisz, Laurencie Prewett, dlaczego tuż po zakończeniu służby, znalazłam się w środku nocy na drugim końcu kraju, akurat w momencie, w którym dwóch mężczyzn... nawiasem mówiąc, to raczej nie byli sami śmierciożercy, nie mieli masek... próbowało zabić mugolaka, którego oficjalnie nie znam?
- Posłałem jej wiadomość... a, zaraz. Przepraszam, to było retoryczne - wymamrotał Cane, trochę nerwowo. - Ale wiecie, czy musimy tutaj stać? Bo oni mogą wrócić.
- Przepraszam - powiedziała Brenna, uśmiechając się do niego, bo rzeczywiście, on jak najszybciej musiał trafić w ręce medyków. Ona... cóż, jeśli oficjalnie jej tu ostatecznie "nie będzie", to przyjdzie jej zadowolić się maściami. A potem znów zwróciła spojrzenie na Prewetta. Bo... niestety... ale kilka rzeczy musieli ustalić. - Nie proszę, żeby nie zgłaszać tego aurorom, wręcz przeciwnie, sądzę, że trzeba to zgłosić. W tej chwili decyzja należy do was, uważam, że lepiej, aby od razu ruszono w pościg, ale nie zamierzam was do niczego zmuszać. Proszę, żeby nie wspominać o tym, że Cane poprosił mnie o pomoc, gdy zaczął uważać, że może wpaść w kłopoty, ale nie miał na to dowodów. Bo w pierwszej kolejności pytania w tym względzie chcieliby zadać nie mnie, a Cane'owi. Jeżeli nie chcesz tego robić, rozumiem, możemy wrócić do twojego domu i posłać wiadomość Ministerstwu od razu. Poradzę sobie z tym. A. I nie uratowałam ci życia. Ty uratowałeś Cane'a. Dziękuję za to.
- Też dziękuję - wtrącił jeszcze Cane, jakby nieśmiało. - Za tę tarczę. I przepraszam, że uciekłem w tę stronę, ale gdybym próbowała gdzieś do mugolskiej miejscowości, ktoś niewinny mógłby ucierpieć... Nie sądziłem, że na ciebie wpadniemy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.