To była z jego strony naprawdę absolutna głupotka. Tak wychodzić z domu, witać się w ogóle za progiem, już pędzić do lasu... a przecież Philip przybył tutaj ewidentnie nie przez sieć fiuu. Miał na sobie ciepły strój, w dodatku miotła w ręce. Istniała szansa, że chciał polatać tutaj, sam Laurent nie miałby nic przeciwko, wręcz przeciwnie! Niebo nad New Forest mogło należeć tylko i wyłącznie do niego, jeśli tylko miałby takie życzenie. Wszystko powinno jednak iść po kolei. Kiedy on po prostu nie mógł się doczekać! Wiosna budziła się do życia, przez śnieg przebijały się przebiśniegi, pierwsze pąki już były na miejscu i ptaki ćwierkały głośno w koronach drzew. Serce Laurenta było rozpalone. Jego oczy lśniły, jakby sam wybudził się z zimowego snu - choć na zimę nigdy nie narzekał. Nie narzekał też na żadną inną porę roku. W sumie... Laurent nigdy nie narzekał. Co najwyżej żartobliwie zamarudził na to, że w Ministerstwie znowu trzeb załatwić pięć papierków, zanim dotrzesz do sedna sprawy. Tyle.
- Ależ może. - Odparł z psotliwym uśmiechem i chochlikami tańczącymi kankana w morskich oczętach, kiedy tak spoglądał na Philipa, stojąc już w ogrodzie. Na razie jeszcze wszystko miało ponure barwy ledwo co uciekającej zimy. Jeszcze nie było tu zieleni i kolorów kwiatów, jakie hodował, a i nigdy Laurent nie postawił szklarni. Powinien biorąc pod uwagę, jak kochał rośliny, a jednak się nie zdecydował. Dbał tylko o ten kawałek ziemi, jaki miał przy domu - bo jego ogród wcale nie był duży. Przede wszystkim nie do końca miał czas, żeby dbać o jakieś większe połacie terenu z kwiatami. - Przy twoim boku każde miejsce jest piękniejsze. - Niektórzy bardzo szybko orientowali się w tym, że Laurent miał swoisty dar - a przynajmniej tak to nazywali. Talent.[i/] Talent do mówienia tego, co rozmówca chce usłyszeć. Okropnym kłamstwem byłoby powiedzenie, że tego nie robił. Robił. Całkowicie świadomie i celowo, wykorzystując to, że ludzie mieli go za takiego niewinnego i... uroczego. Może to po prostu była krew. [i]Syrenie pokusy. - Znam wiele piękniejszych miejsc. - Przynajmniej dla Laurenta było wiele ładniejszych. Mimo wszystko New Forest, oprócz samego lasu, który był rezerwatem, to była duża przestrzeń pól i niekoniecznie atrakcyjnych wybrzeży. Dopiero dalej były jakieś turystyczne ośrodki, które zagarnęły te ciekawsze przestrzenie. Prewett chciał tylko mieszkać blisko morza i przy miejscu, które zajmowałoby mu dni - czyli jego rezerwacie. A rezerwat można było stworzyć tylko w wytyczonych miejscach.
- Zobaczę, czy mam. Wejdź, nie krępuj się. - Zachęcił Prewett... - Aaalbo poczekaj chwileczkę. - I wślizgnął się do domu pierwszy, zostawiając otworzone drzwi. - Duma... nie, nie wolno. Zostań. - Machający ogonem piesek leżał właśnie na ziemi u nóg Laurenta i przewalił się na brzuch. Blondyn wiedział, że Philip... może nie to, że za nim nie przepadał (przynajmniej chciał tak myśleć), co zdecydowanie preferował... psy. Po prostu psy. Chociaż dla Laurenta Duma był kochanym i uroczym stworzeniem. Pewnie Philip dostałby zawału, jakby widział, jak czasami Duma memlał rękę Laurenta w swojej paszczy. - Rozgościsz się? Zabiorę tylko Dumę na zewnątrz. - Żeby się tutaj nie kręcił i nie przeszkadzał Nottowi. Na chwilę jednak przysiadł przy jarczuku i potarmosił trochę jego wystawiony brzuch, bo tak się psina cieszył z okazji na pieszczoty, że nie mógłby mu poskąpić. Wyprowadził jednak po chwili zwierzę do jego przestrzeni - i nie to, że on zamykał Dumę w klatce, nie. Natomiast od strony Lasu miał swoją, nazwijmy to, "zagrodę". Przeskoczenie tego płotu to był nawet nie jeden porządny sus dla niego. Tam miał swoją wielką, królewską budę magicznie zmodyfikowaną, swoje miski, swoją przestrzeń. I był nauczony, że jeśli tam został wyprowadzony to tam miał zostać, dopóki nie zostanie zawołany. Laurent musiał go tego nauczyć - mimo wszystko to było bardzo groźne stworzenie o silnym instynkcie. Nie mógł pozwolić, żeby byle sprzeczka z klientem doprowadziła do tego, że zostanie on pogryziony przez jarczuka, którego nawet nie mógłby za to zganić, bo przecież do tego był szkolony. Żeby go bronić.
Wrócił wiedząc, że Philip doskonale wie, gdzie się rozgościć, że może swobodnie poruszać się po tym domu. Małym, zdecydowanie niepodobnym do majątku prezentowanym przez Prewettów, ale i przestronnym. Było tu pełno różnych pamiątek z różnych rzeczy i wydarzeń i oczywiście kwiaty w donicach, a na stole w wazonie przycięte, biało-różowe pelargonie. Akurat teraz pelargonie. Nie dało się powiedzieć, że temu miejscu brakowało "kobiecej ręki". Pewnie szybciej ktoś byłby skłonny powiedzieć, że mieszka tu kobieta, a nie samotnie mężczyzna.
- Załapałeś się na ostatnie piwo kremowe. - Laurent sprawdził aż datę, bo on takich rzeczy za bardzo nie pijał i jeśli je miał - to dla gości. Tak samo jak jego barek nie istniał dla niego tylko dla osób, które tutaj przebywały. Machnął różdżką, żeby przygotować kufel, nalać piwo i podgrzać je do odpowiedniej temperatury, nim przyniósł je Philipowi. W kominku wesoło tańczył ogień.