05.10.2023, 12:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2023, 12:13 przez Brenna Longbottom.)
- O szantaż. Przecież twój ojciec próbował już przekupywać mojego ojca - westchnęła Brenna po prostu. Wszystko było tak... cholernie skomplikowane, a jej kręciło się w głowie, wszystko ją bolało i miała trudności w myśleniu jasno. W tej chwili sama trochę żałowała, że w ogóle o to poprosiła - może należałoby jednak od razu wszystko zgłosić i po prostu trzymać się wersji, że wpadła do Cane'a niespodziewanie i podążyła jego tropem.
Problem polegał na tym, że takich "przypadków" było coraz więcej, a Brenna zwyczajnie obawiała się, że nieodpowiednia osoba w Ministerstwie może zacząć węszyć za tymi kontaktami. Bo nie, nie była Zorro - Diego udawał skrajnego idiotę, ona owszem, pajacowała, ale jednak nigdy nie kryła swoich poglądów. Ale już utopiona w różnych nieoficjalnych działaniach: po uszy. A i niedobrze, aby do śmierciożerców dotarła informacja, że konkretnie ona była właśnie w tym miejscu, gdzie znaleźć się nie powinna...
- Nie próbuję cię przekonywać, żebyś tego nie zgłaszał. Istnieje zresztą szansa, że zostaną złapani i... Cane... proponuję, żebyś zatrzymał się na jakiś czas w Dziurawym Kotle, omówimy tam wszystko za dzień albo dwa - poprosiła, zwracając się do czarodzieja. Bo Ministerstwo niech prowadzi śledztwo, ona też miała zamiar szukać, po prostu kanałami nieoficjalnymi. Jeśli aurorzy dopadną ich pierwsi, doskonale, jeżeli nie... może uda się to Zakonowi. Mogła choćby w domu Cane'a spróbować widmowidzenia, skoro z jakichś powodów tam wszystko się zaczęło.
- Cały świat oszalał. Pozostaje się dostosować - mruknęła na pytanie, czy oszaleli. Czy była obłąkana? Nie, nie uważała tak. Czy momentami zachowywała się nieracjonalnie? Oczywiście. Miotała się, bo musiała teraz znaleźć zupełnie nową drogę w stosunku do tej, którą szła ostatnie dwa lata: gdy odciągała uwagę od innych, wypełniała polecenia Patricka i po prostu biegała pomiędzy ludźmi, wyciągając z nich informacje czy powoli wciągając do Zakonu. - Dziękuję. I... Laurent... nie sądzę, żeby chodziło im o ciebie. Jesteś czystej krwi. Ale gdybyś wpadł w jakieś kłopoty, to proszę, poza informowaniem Ministerstwa, poinformuj też mnie. Pamiętaj, że na najwyższych pozycjach tam pracują czystokrwiści czarodzieje. A za maskami kryją się głównie tacy - powiedziała cicho. Laurent bał się o siebie i świetnie to rozumiała. Nie zamierzała przekonywać, by nie szedł do Ministerstwa - chociaż w wielu sprawach uważała, że lepiej tam nie iść wcale, nawet jeżeli sama była pracownicą.
Ale gdyby dzisiejszy dzień albo jakiś inny przypadek wciągnęły Laurenta w kłopoty, wolała o tym wiedzieć.
- Rzuć informację komuś z aurorów albo brygady jak najszybciej. Wyrwałam jednemu z nich różdżkę, być może jeśli się pośpieszą, zdążą ją znaleźć. Aha... i unikaj tego o nazwisku Rookwood. Nie cierpi mugolaków - powiedziała jeszcze, nim znikła.
Problem polegał na tym, że takich "przypadków" było coraz więcej, a Brenna zwyczajnie obawiała się, że nieodpowiednia osoba w Ministerstwie może zacząć węszyć za tymi kontaktami. Bo nie, nie była Zorro - Diego udawał skrajnego idiotę, ona owszem, pajacowała, ale jednak nigdy nie kryła swoich poglądów. Ale już utopiona w różnych nieoficjalnych działaniach: po uszy. A i niedobrze, aby do śmierciożerców dotarła informacja, że konkretnie ona była właśnie w tym miejscu, gdzie znaleźć się nie powinna...
- Nie próbuję cię przekonywać, żebyś tego nie zgłaszał. Istnieje zresztą szansa, że zostaną złapani i... Cane... proponuję, żebyś zatrzymał się na jakiś czas w Dziurawym Kotle, omówimy tam wszystko za dzień albo dwa - poprosiła, zwracając się do czarodzieja. Bo Ministerstwo niech prowadzi śledztwo, ona też miała zamiar szukać, po prostu kanałami nieoficjalnymi. Jeśli aurorzy dopadną ich pierwsi, doskonale, jeżeli nie... może uda się to Zakonowi. Mogła choćby w domu Cane'a spróbować widmowidzenia, skoro z jakichś powodów tam wszystko się zaczęło.
- Cały świat oszalał. Pozostaje się dostosować - mruknęła na pytanie, czy oszaleli. Czy była obłąkana? Nie, nie uważała tak. Czy momentami zachowywała się nieracjonalnie? Oczywiście. Miotała się, bo musiała teraz znaleźć zupełnie nową drogę w stosunku do tej, którą szła ostatnie dwa lata: gdy odciągała uwagę od innych, wypełniała polecenia Patricka i po prostu biegała pomiędzy ludźmi, wyciągając z nich informacje czy powoli wciągając do Zakonu. - Dziękuję. I... Laurent... nie sądzę, żeby chodziło im o ciebie. Jesteś czystej krwi. Ale gdybyś wpadł w jakieś kłopoty, to proszę, poza informowaniem Ministerstwa, poinformuj też mnie. Pamiętaj, że na najwyższych pozycjach tam pracują czystokrwiści czarodzieje. A za maskami kryją się głównie tacy - powiedziała cicho. Laurent bał się o siebie i świetnie to rozumiała. Nie zamierzała przekonywać, by nie szedł do Ministerstwa - chociaż w wielu sprawach uważała, że lepiej tam nie iść wcale, nawet jeżeli sama była pracownicą.
Ale gdyby dzisiejszy dzień albo jakiś inny przypadek wciągnęły Laurenta w kłopoty, wolała o tym wiedzieć.
- Rzuć informację komuś z aurorów albo brygady jak najszybciej. Wyrwałam jednemu z nich różdżkę, być może jeśli się pośpieszą, zdążą ją znaleźć. Aha... i unikaj tego o nazwisku Rookwood. Nie cierpi mugolaków - powiedziała jeszcze, nim znikła.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.