Boże, przecież mogła zostać za sztywnymi kotarami mieszkania zdezelowanego przez artystyczne podrygi, zasunąć sowicie rolety i odciąć od niesnasek świata – może coś stworzyć, w intensywnych emocjach zawsze tworzyła, gdyż te obrazy wychodzące spod jej pędzla były najprawdziwsze. Mogła zakląć w nich wszystkie gorejące, negatywne emocje targające podwalinami umysłu, a jednak postanowiła wybrać się na słynny pojedynek o jej godność. Mimo wszystko, spoglądanie na wyrachowanych snobów, do których w końcu się zaliczała, sprawiało, iż coś w jej wnętrzu zwijało się w supeł – wiedziała, że oczy na niej spoczną; wiedziała, że jej obecność nie obejdzie się bez echa oraz szeptów.
Jeszcze żyła oddechem Ameryki, tą idylliczną, gargantuiczną odległością od znajomych stron. Mogła być kim chciała, nie posiadała tam znamion celebrytki, więc nikt w nią nie wlepiał ciekawskich, gorejących tęczówek. Możliwe, że to dlatego wychudła; zadbana, wyraźnie kreśliła swoją sylwetką i ruchami bioder pewność siebie, a jednak wprawne oko mogło dostrzec, iż coś się zmieniło.
Wciąż posiadała w umyśle ekstazę, z jaką krew Leandra tworzyła rdzawe róże na posadzce.
Uniosła wysoko brwi, gdy dostrzegła zbliżającą się sylwetkę Duponta. Przybrała na wargi kwiecisty grymas – słodki jak fiołki i upiorny jak orchidee, kiwając ku niemu głową. Potrzebowała jak nigdy obecności istnienia przychylnego. Nawet jeśli była szaloną wiedźmą ubraną w filigranową, urokliwą fizyczność, musiała zająć czymś meandry umysłu.
Wszystko, aby nie myśleć o nim.
W gruncie rzeczy ten cyrk podobał jej się tylko dlatego, że mógł zrodzić mnogie plotki na jej temat, a ona przecież, okrutnie atencyjna, dążyła do tego, aby było o niej głośno w czarodziejskim świecie. Nie posiadała w sobie tych nut cynizmu czy wyrachowanej arogancji – jednak Philipa najpewniej utopiłaby w kałuży, gdyby tylko mogła.
Uważała go za aberrację przeszłości; coś niewłaściwego – może była samotna, może potrzebowała akurat wtedy dotyku, może postradała resztę zmysłów – nade wszystko jednak żałowała przelotnego romansu. W końcu nigdy by tego nie przyznała, ale Nott szarpnął jej sercem wyjątkowo dobitnie; na tyle dobitnie, że go znienawidziła.
Otrząsnąwszy się z myśli, wzrok zatrzymała na Bellu.
– Jesteś na pewno mniej zszokowany, niż ja – odparła, kiwając delikatnie głową, wprawiając w taniec czarne pukle. – Aż tak to widać? Nienawidzę ostatnich dni, miesięcy, może lat. Walczyłam ze sobą, aby wstać z łóżka i… – zamilkła, a na jej ustach rozpłynął się urokliwy uśmiech, zupełnie nieprzystający do wymawianych treści.
I momentalnie ten uśmiech właśnie, uczynił ją namacalną Lorettą Lestrange.