Instynkt samozachowawczy Erika zwyciężył nad jego wiarą w to, że na świecie istnieje dobro. Przynajmniej w kwestii ludzi, którym przyszło dokonać żywota na pokładzie tego statku. Niespodziewana podróż w przeszłość, konfrontacja z żywym trupem... To mu zajeżdżało czarną magią, a i czas mógł mieć sporo do rzeczy. Po tylu latach pasażerowie i załoga mogli zostać spaczeni na najróżniejsze sposoby w zależności od tego, co w ogóle z nich zostało. Longbottom nie miał ochoty tego sprawdzać, a raczej zgnieść źródło problemów, póki mieli jeszcze do niego dostęp.
— To nie brzmi dobrze — wymamrotał niewyraźnie, starając się ignorować ból własnego nosa.
Już większej oczywistości nie dało się stwierdzić, pomyślał, w dalszym ciągu kuśtykając za Geraldine. Gdy dotarli do schodów, Erik mimowolnie wychylił się za balustradę, jednak na dole mignęły mu jedynie sylwetki dwóch osób, z czego tylko ta Aveliny wydała mu się znajoma. Niestety, w nerwach, nie za bardzo potrafił stwierdzić, czy były to nieco bardziej żwawe żywe trupy, czy też ich towarzysze broni.
Poza tym, chwilę później wyskoczyły na nich faktyczne truposze. Zanim różdżka Erika wzniosła się w powietrze, Ger już zdołała odepchnąć swego przeciwnika. Erik potraktował to jako zaproszenie, co by pomóc w jego spacyfikowaniu i spróbował wyczarować świetliste pnącze/liny, które obwiązałoby trupa, sprawiając, że ten nie mógłby złapać równowagi i padłby na ziemię.
Akcja nieudana
Sukces!
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞