Przez chwilę bił się z własnymi myślami, czy siostra mówi poważnie, jednak szybko doszedł do wniosku, że nie żartowałaby w tak poważnej sprawie. Bądź co bądź, skoro tak zależało jej na wizerunku, jaki kreował pośród mediów, to na pewno nie rzucałaby komentarzami na prawo i lewo. Koniec końców pokiwał głową, chociaż jego mina sugerowała, że nie do końca jest ukontentowany otrzymaną odpowiedzią.
— Jesteś pewna? Bo osobiście mam wrażenie, że lepiej by było, gdyby mój śmiech był bardziej gardłowy i stopniowo przeradzał się w coś pomiędzy skowytem a warczeniem — skomentował, jakby rzeczywiście brał tę opcję pod uwagę. Na wspomnienie o swoich domniemanych fanach, jego twarz od razu spochmurniała i wzniósł oczy ku niebu. Kontynuował nieco znużony: — Biorąc pod uwagę, że mogą sobie mnie stawiać za wzór do naśladowania, to powiedziałbym, że z wdziękiem godnym damy i niezmordowaną wyrozumiałością dżentelmena.
Fakt, że wszystkie dokumenty związane z działalnością charytatywną rodziny były stale porządkowane, korygowane i aktualizowane przy każdej okazji z całą pewnością działał na ich korzyść. Świadków można było przekupić lub zniechęcić do powiedzenia prawdy przed obliczem sprawiedliwości, ale papier... Papier był niemalże święty. Zwłaszcza w społeczeństwie tak pełnym biurokracji, jak to, do którego przynależeli. I nic nie zapowiadało, aby miało się to zmienić w najbliższym czasie.
— Nic takiego nie miało miejsca! — oświadczył z miną znawcy Erik, chociaż jego oczy mówiły zupełnie co innego. Był zszokowany tym, że Brenna w ogóle pamięta taki szczegół z ich młodości. Nawet na co dzień rzadko kiedy ukrywał swoje prawdziwe uczucia, więc teraz tym bardziej można było z niego czytać, jak z otwartej księgi. Zrobił dłuższą pauzę. — Poza tym, lepiej, że wylądował u mnie. Biedny Pierre. Za każdym razem, jak biegałaś z nim po ogrodzie, to uciekał z karty. Musiałaś mu wyrządzić niezłą traumę.
Automatycznie odwzajemnił uśmiech. Z częścią jej stwierdzenia się zgadzał. Owszem, wspierała działania ich bliskich, ale też nie ciągnęła ich bez żadnych wyjaśnień na daną ścieżkę w życiu. Ten zaszczyt był, póki co przeznaczony tylko i wyłącznie dla niego. Niezłe wyróżnienie, pomyślał. Tylko w jak złej sytuacji musiałby być ich zakątek świata, żeby ktoś taki jak on nadawał się do działania w krajowej polityce? Nie mogła go zrobić go na początek członkiem Rady Miasta w Dolinie Godryka? Przynajmniej czułby się, jakby był wśród swoich.
Uśmiechnął się pogodnie do Mavelle, gdy czas powitań dobiegł już końca. Teraz mogli przejść do konkretów! Wysłuchał wyjaśnień dziewczyny względem bagażu i... Po prostu poszedł w stronę pojazdu, aby zająć się tymi nieszczęsnymi tobołami. Wolał wnieść je do środka już teraz. Miał wątpliwości, czy po kolacji, jaką przygotowała Brenna, będzie w stanie się ruszyć z kanapy przez następne kilka godzin. A wbrew pozorom skrzat domowy też nie był na każde ich zawołanie, gdy miał do obskoczenia wszystkich domowników.
— Tak, Mave, dokładnie ten — podkreślił Longbottom, gdy już udało mu się wziąć walizki i wrócić do drzwi frontowych. — Nie mogłem nawet herbaty dzisiaj wypić, bo Brenna bała się, że kuchnia stanie w płomieniach, gdy tylko przekroczę próg. Przysięgam, jak tak dalej pójdzie, to pod moją nieobecność zamówi ekipę czarowników, rzuci jakieś zaklęcia zabezpieczające i zupełnie mnie odgrodzi od kuchennego skrzydła posiadłości.
Och, czyżby znowu objawiła się w nim skłonność do narzekań? Nic dziwnego, niektóre frazy dusił w sobie na tyle długo, że niemalże się w nim gotowało. Kto wie, może kuzynka Bones nie miała jeszcze okazji usłyszeć litanii o tym, jak bardzo Erik jest ciemiężony w swoim rodzinnym domu, tylko przez to, że w jego obecności doszło do paru nieciekawych incydentów związanych z jedzeniem?
Swoją wymianę zdań trójka kuzynostwa kontynuowała już w środku. W korytarzu Erik zostawił bagaże, poprawiając je parę razy, aby upewnić się, że te nie zaczną się walać po podłodze, gdy tylko odejdzie na dwa metry. Aby nie zostać zaskoczonym, mężczyzna w pewnym momencie się nawet zawrócił, aby przełożyć jedną torbę w inne miejsce, oddalone od oryginalnego o zaledwie kilka centymetrów.
— A właśnie, skoro już oficjalnie się u nas zameldowałaś — wtrącił mężczyzna, gdy przemierzali trzewia starej posiadłości. — Jaka jest twoja opinia na temat psów?
Psidwak, czy też zwykły, tradycyjny ogar był kwestią, która spędzała im sen z powiek przez ostatnie parę dni. Z początku Erikowi wydawało się, że uda im się załatwić wszelkiego rodzaju formalności jeszcze przed planowaną aukcją charytatywną, jednak wszystko wskazywało na to, że będą musieli przełożyć to na inny termin. Zupełnie niespodziewanie okazało się, że na niektóre typy magicznych psów potrzeba było specjalnego pozwolenia, a co gorsza niektórzy domownicy mogli mieć jakieś ale. Niebywałe!
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞