W świetle tańczących płomieni ogniska, otoczony przez dziesiątki śmiejących się ludzi, Flynn mógł zdawać się być tym samym, denerwującym sobą, jakim kojarzyła go rodzina. Stał tam pomiędzy nimi dosyć nonszalancko, nie wyglądał na choćby minimalnie zestresowanego, ale kiedy Layla złapała go pod ramię, mogła szybko zorientować się, że było to elementem gry pozorów, w jaką bawił się maskując swoje największe słabości. Zareagował szybko, jak jakieś spłoszone zwierzę, momentalnie napinając się i szykując do ucieczki, ale kiedy odwrócił się w jej kierunku i zobaczył jej twarz, zaczerwienił się tylko i uspokoił. Nie powiedział nic, po prostu wysłuchał jej uważnie, jedynie zmarszczył nos przy pytaniu o umiejętność czytania, bo uznał je za zupełnie niepotrzebny przytyk.
Dał się poprowadzić w nieznanym mu kierunku bez stawiania oporu, chociaż historia za tym idąca nie została przedstawiona mu od razu. Layla nie zaczepiała go na tyle często, żeby rozmawiania z nim na jednym z ciekawszych sabatów nie uznał za sytuację potencjalnie awaryjną, toteż pierwszą jego myślą było, że przyjdzie mu zaraz (w jej imieniu) dać komuś w mordę, to zaś odrobinę go zaniepokoiło, bo jak wysoki musiał być ten facet, jeżeli Layla nie zrobiła tego sama? Mimo rodzących się w duszy obaw, ruszył za nią, a złapanie go pod ramię wykorzystał do zbliżenia jej do siebie w nieco obronnym geście.
Ale tutaj nie chodziło o bronienie jej honoru. No... Chyba, że ten cały Dullahan był nie tylko złodziejem, ale i chamem lub zboczeńcem.
- To jest zbyt głupie, żeby było przypadkowe... ale jaki złodziej by się przebrał za wróżkę na dzień kradzieży, tylko po to, żeby wystąpić w tym samym stroju ma największym sabacie w Dolinie...?
Odpowiedź brzmiała pewnie: jeden z najgorszych, ale jeszcze nie najgorszy, bo mimo wszystko udało mu się coś Bellom ukraść. Poszli razem tą ścieżką, a z każdym kolejnym krokiem oddalającym ich od biesiadujących ludzi, plecy Flynna prostowały się coraz bardziej, jakby rosnąca odległość dzieląca ich od Polany Ognisk napełniała go coraz większą pewnością siebie. Wcześniej wyglądał, jakby się w stronę tego Dullahana chciał skradać. Dlatego właśnie, kiedy pomiędzy drzewami dostrzegli karminowy wóz mieszkalny, było łatwo zauważyć, że Flynn zadrżał.
Zaklął pod nosem. Ba, wyszeptał całą wiązankę, zanim się wreszcie ogarnął i wydusił z siebie:
- To żaden Dullahan - ale to było oczywiste - wiem kto to jest, bo go znam z Londynu. - I potwierdził to tym, że zamiast do drzwi oznaczonych jako wejście, poprowadził ją do tych bocznych, ukrytych za gałęzią dębu. Ale nie puścił jej, bo najwyraźniej obmyślał jakiś plan.
Dał się poprowadzić w nieznanym mu kierunku bez stawiania oporu, chociaż historia za tym idąca nie została przedstawiona mu od razu. Layla nie zaczepiała go na tyle często, żeby rozmawiania z nim na jednym z ciekawszych sabatów nie uznał za sytuację potencjalnie awaryjną, toteż pierwszą jego myślą było, że przyjdzie mu zaraz (w jej imieniu) dać komuś w mordę, to zaś odrobinę go zaniepokoiło, bo jak wysoki musiał być ten facet, jeżeli Layla nie zrobiła tego sama? Mimo rodzących się w duszy obaw, ruszył za nią, a złapanie go pod ramię wykorzystał do zbliżenia jej do siebie w nieco obronnym geście.
Ale tutaj nie chodziło o bronienie jej honoru. No... Chyba, że ten cały Dullahan był nie tylko złodziejem, ale i chamem lub zboczeńcem.
- To jest zbyt głupie, żeby było przypadkowe... ale jaki złodziej by się przebrał za wróżkę na dzień kradzieży, tylko po to, żeby wystąpić w tym samym stroju ma największym sabacie w Dolinie...?
Odpowiedź brzmiała pewnie: jeden z najgorszych, ale jeszcze nie najgorszy, bo mimo wszystko udało mu się coś Bellom ukraść. Poszli razem tą ścieżką, a z każdym kolejnym krokiem oddalającym ich od biesiadujących ludzi, plecy Flynna prostowały się coraz bardziej, jakby rosnąca odległość dzieląca ich od Polany Ognisk napełniała go coraz większą pewnością siebie. Wcześniej wyglądał, jakby się w stronę tego Dullahana chciał skradać. Dlatego właśnie, kiedy pomiędzy drzewami dostrzegli karminowy wóz mieszkalny, było łatwo zauważyć, że Flynn zadrżał.
Zaklął pod nosem. Ba, wyszeptał całą wiązankę, zanim się wreszcie ogarnął i wydusił z siebie:
- To żaden Dullahan - ale to było oczywiste - wiem kto to jest, bo go znam z Londynu. - I potwierdził to tym, że zamiast do drzwi oznaczonych jako wejście, poprowadził ją do tych bocznych, ukrytych za gałęzią dębu. Ale nie puścił jej, bo najwyraźniej obmyślał jakiś plan.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.