10.11.2022, 14:47 ✶
- Zbyt stereotypowe. Masz mały, futerkowy problem i od razu musisz wyć? – odparła Brenna stanowczo. Jako młoda dziewczyna była aż nazbyt ostrożna, jeśli szło o poruszanie tematu wilkołactwa brata, ale z czasem uznała, że udawanie, że ten wielki, różowy słoń, stojący na środku pokoju nie istnieje, może go tylko bardziej zranić.
W efekcie podchodziła do niego, jak do niemal wszystkiego. Pozornie z lekkością. A pod jej płaszczykiem, sprawdzając pięćdziesiąt razy, czy z kryjówką wszystko w porządku i rejestrując się jako animag ledwo kilka tygodni po skończeniu Hogwartu.
– Myślisz, że uciekł i ostrzegł przede mną swój pierwowzór? Raz spotkałam tego Pierre, na jednym przyjęciu i mogłabym przysiąc, że teleportował się na sam mój widok – stwierdziła, niby to z powagą.
Jeśli tylko zostało jej coś do zabrania, to też zgarnęła to z bagażu, pomagając wznieść do środka. Na razie prowadziła Mavelle do kuchni: pomieszczenia na tyle dużego, że mogły w nim wygodnie przygotowywać posiłki nawet trzy osoby, ze stołem, który okazjonalnie służył domownikom do szybkich posiłków zamiast jadalni. Całe szczęście, że miejsca tu nie brakowało – wszak w posiadłości było sporo ludzi.
– Nawet mi wyszedł, właśnie dzięki temu, że udało mi się utrzymać Erika z dala od kuchni. Dostaniesz pokój na piętrze, naprzeciwko mojego. Mieszkała tam nasza ciotka, gdy była mała, pokój twojej mamy oddaliśmy kiedyś naszym gościom, ale są właściwie takie same – paplała Brenna, szykując talerze oraz nakładając zapiekankę. – A jeśli chodzi o ekipę czarowników…
Uśmiechnęła się do Erika promienne, a potem podeszła do jednej z szafek, gdzie już przygotowała się na tę okazję. Zademonstrowała mu jego własne zdjęcie, które zrobiła pewnego dnia, świeżo po tym, jak usiłował ugotować sobie obiad.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pod ruchomą podobizną Erika, spoglądającego na nich z taką miną, jakby chciał powiedzieć „naprawdę nie wiem, co się stało” nie napisano wielkimi literami: ZAKAZ WSTĘPU.
– To zawiśnie na drzwiach kuchni, co wy na to? – spytała radośnie, odkładając fotografię na stół i zajmując miejsce. – A jeżeli chodzi o psa, błagam, nie mów, że nie. Już się nastawiłam, że będziemy mieli pieska. Erik i Dora kiedyś na pewno zechcą założyć własne rodziny i odpłyną do świata dorosłych, muszę mieć wtedy kogoś, kim będę się mogła opiekować, prawda?
W efekcie podchodziła do niego, jak do niemal wszystkiego. Pozornie z lekkością. A pod jej płaszczykiem, sprawdzając pięćdziesiąt razy, czy z kryjówką wszystko w porządku i rejestrując się jako animag ledwo kilka tygodni po skończeniu Hogwartu.
– Myślisz, że uciekł i ostrzegł przede mną swój pierwowzór? Raz spotkałam tego Pierre, na jednym przyjęciu i mogłabym przysiąc, że teleportował się na sam mój widok – stwierdziła, niby to z powagą.
Jeśli tylko zostało jej coś do zabrania, to też zgarnęła to z bagażu, pomagając wznieść do środka. Na razie prowadziła Mavelle do kuchni: pomieszczenia na tyle dużego, że mogły w nim wygodnie przygotowywać posiłki nawet trzy osoby, ze stołem, który okazjonalnie służył domownikom do szybkich posiłków zamiast jadalni. Całe szczęście, że miejsca tu nie brakowało – wszak w posiadłości było sporo ludzi.
– Nawet mi wyszedł, właśnie dzięki temu, że udało mi się utrzymać Erika z dala od kuchni. Dostaniesz pokój na piętrze, naprzeciwko mojego. Mieszkała tam nasza ciotka, gdy była mała, pokój twojej mamy oddaliśmy kiedyś naszym gościom, ale są właściwie takie same – paplała Brenna, szykując talerze oraz nakładając zapiekankę. – A jeśli chodzi o ekipę czarowników…
Uśmiechnęła się do Erika promienne, a potem podeszła do jednej z szafek, gdzie już przygotowała się na tę okazję. Zademonstrowała mu jego własne zdjęcie, które zrobiła pewnego dnia, świeżo po tym, jak usiłował ugotować sobie obiad.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pod ruchomą podobizną Erika, spoglądającego na nich z taką miną, jakby chciał powiedzieć „naprawdę nie wiem, co się stało” nie napisano wielkimi literami: ZAKAZ WSTĘPU.
– To zawiśnie na drzwiach kuchni, co wy na to? – spytała radośnie, odkładając fotografię na stół i zajmując miejsce. – A jeżeli chodzi o psa, błagam, nie mów, że nie. Już się nastawiłam, że będziemy mieli pieska. Erik i Dora kiedyś na pewno zechcą założyć własne rodziny i odpłyną do świata dorosłych, muszę mieć wtedy kogoś, kim będę się mogła opiekować, prawda?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.