Ezechiel był prawdziwym dyplomowanym mugolskim lekarzem, a teraz brakowało mu tylko kilku miesięcy, by zdobyć tytuł pełnoprawnego uzdrowiciela czarodziejów. Połączenie wiedzy obu światów przynosiło niesamowite korzyści. Miał ogląd na ludzkie ciało i możliwości jego regeneracji z wielu perspektyw. Tam, gdzie fizjologia nie dawała rady, wkraczała magia. Zaś na limity magiczne zawsze można było zapisać suplementację witaminą C. Lewoskrętną, oczywiście.
Pomimo zdobytej wiedzy i doświadczenia, Ezechiel był wrakiem człowieka, chociaż nawet nie stuknęła mu trzydziestka. Trafienie pod skrzydła śmierciożerców jako Żyd z pierwszej powojennej generacji było tragedią już w teorii, a w praktyce wychodziło jeszcze gorzej. Nawet w wolnej chwili jego umysł był w stanie gotowości. W każdym momencie sfiksowałby kompletnie.
Dlatego tego jednego dnia, zamknął gabinet i udał się na wycieczkę do Doliny Godryka. Głęboko zmęczona twarz mogła wygrzać się na słoneczku, a burza czarnych włosów w końcu nie była miotana wiatrem podczas wiecznej bieganiny po gabinecie. Ezechiel rozwalił się na ławce, zamknął oczy i siedział w cieniu drzew na jednej z tych "parkowych" leśnych ścieżek. Słyszał o wydarzeniach w Dolinie, ale nie był na bieżąco z aktualnym stanem Kniei. Nie wiedział, czy potwory dalej stanowiły zagrożenie, czy w ogóle bezpiecznie było pojawić się w pobliżu. Nawet gdyby, miał to absolutnie gdzieś. To był jego dzień odpoczynku.