Ururu wyglądał bardzo młodo w przydużych ubraniach. Zapewne dałoby się je jakoś skurczyć, ale nie miał na to przestrzeni w wiecznie zajętym umyśle. Dopóki nie utrudniały mu ruchu, były w porządku.
Ptaki zlatywały się do nasionek. Idealnie. Marquez mógł wyglądać w oczach Sebastiana jak miłośnik natury. Być może jeden z tych artystów romantyków, którzy pisali wiersze o miłości i przyrodzie. Wyglądał na udręczonego życiem, więc pasował do takiego opisu idealnie. Ale wtedy wyjął różdżkę i po krótkim rozejrzeniu się wokół, rzucił zaklęcie w stronę ptaków. Trawa wokół nich zaczęła się intensywnie splatać wokół nóżek zgromadzonych tu gołębi i wróbli. Część z nich zdołała uciec, ale niektóre zostały przykute przez zdradzieckie źdźbła.
Ururu zaczął od wypuszczania wróbli. Były zbyt małe, by mógł się nimi pożywić. Zostawił sobie trzy gołębie. Zręcznie złapał jednego z nich, wyrywając go z objęć trawy, po czym złamał mu kark tak pewnym ruchem, że zdecydowanie nie robił tego po raz pierwszy ani drugi. Chłopak położył go na ziemi, po czym zabrał się za uśmiercanie pozostałej dwójki.
Jeśli Sebastian do tej pory nie dał znaku swojej obecności, Marquez przeszedł do oskubywania tułowiów ptaków z piór.